|

 

ALEKSANDRA URBAŃCZYK – (ur. 1969) Recenzentka. Współpracuje z miesięcznikiem: Forum Akademickie. Ceni podróże i literackie wyzwania. Prowadzi blog poświęcony literaturze: http://ksiazkioli.blogspot.com.

 
 
 

Polka, Węgierka – dwie bratanki…
 

Kto wspomina z nostalgią swoje dzieciństwo, które przypadło w czasach PRL-u, nie powinien przejść obojętnie obok zbiorku opowiadań: „Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii”. To druga książka Krisztiny Tóth, którą udostępniono polskiemu czytelnikowi. Warto zapamiętać to nazwisko, gdyż pisarka nie jest debiutantką. Jest jedną z największych współczesnych poetek węgierskich, uznaną i nagradzaną prozatorką, a jej twórczość przetłumaczono na wiele języków. Sięgając po „Linie kodu…” mamy okazję przekonać się o duchowym pokrewieństwie naszych narodów. Problemy, które pisarka porusza – są uniwersalne, a jednocześnie bliskie Polakom. Poza tym - jej książka stanowi przykład literatury kobiecej w najlepszym stylu.

Zanim autorka napisała opowiadania – opublikowała dziewięć tomików poezji. „Linie kodu kreskowego” – to jej prozatorski debiut, który od razu został zauważony i uhonorowany Nagrodą im. Sándora Máraia. Czego można się po tym tomiku spodziewać? Krisztina Tóth jest specjalistką od kobiecej duszy. Akcja jej historii rozgrywa się współcześnie, bądź przenosi czytelnika do czasów, gdy Węgry i Polska należały do bloku państw socjalistycznych. Kto pamięta ówczesne realia – powinien bez trudu odnaleźć się w klimacie utworów. Ich motywy wydają się tak znajome, że wystarczyłoby zmienić imiona i kilka nazw geograficznych, by odnieść wrażenie, że książka została napisana przez naszą rodaczkę.

Linie - jako symbole

Tytuł zbiorku jest zaczerpnięty z jednego z prezentowanych utworów. Kody kreskowe na zagranicznych towarach były dla mieszkańców Wschodniego Bloku symbolem dobrobytu i niedostępności. Dlaczego akurat to opowiadanie jest tak ważne? Ponieważ jest kluczem. Zwraca uwagę na znaczenie symboli w zbiorze i pozwala zrozumieć, w jaki sposób autorka i jej bohaterki postrzegają świat. Dla dziecka z tytułowego opowiadania kod kreskowy stanowi symbol raju – w takim samym stopniu, jak rząd cyfr wytatuowanych na przedramieniu osoby, która przeżyła obóz koncentracyjny – jest dla niego symbolem piekła.

Każde opowiadanie posiada podtytuł, który spina utwory w klamrę („linia drogi”, „linia mapy”, „linia życia”). Autorka dostrzega w liniach metaforę. Podążając za jej myślą – dostrzegamy, że sami często posługujemy się podobnymi pojęciami. Trzymamy się linii, lub je forsujemy, pozwalamy sobie iść po linii najmniejszego oporu, a często musimy pogodzić własne cele z narzuconą „linią postępowania”. Linia jest symbolem naszych wygórowanych dążeń, ale za jej pomocą możemy się od czegoś także odgrodzić (przeszłość odcinamy grubą kreską, a społeczności, których nie akceptujemy – wyrzucamy poza margines). Krisztina Tóth sprawia, że zaczynamy dostrzegać je wszędzie… Linie określają nasz świat, nakładają się na siebie, tworzą splot powiązań – w efekcie powstaje gęsta sieć, w którą każda jednostka jest głęboko uwikłana.

Dorosłość zakorzeniona w dzieciństwie

Opowiadania układają się w historię ludzkiego życia. Krisztina Tóth chętnie sięga po dekoracje z własnego dzieciństwa, a jednocześnie nie chce, by czytelnik odniósł wrażenie, że utwory mają charakter autobiograficzny. Celowo zburzyła chronologię, a dzieciństwo przedstawiła w różnych wariantach. Jej narratorkami są małe dziewczynki, przedwcześnie dojrzałe dziewczęta i osoby dorosłe – czyli kobiety w różnym okresie swojego rozwoju, a mimo to - głównym motywem opowiadań pozostaje dzieciństwo. Nawet, jeśli bohaterką jest kobieta dorosła, to w jakimś sensie wciąż jedną nogą tkwi w dziecięcych latach, jej doświadczenia zestawione są z wydarzeniami zapamiętanymi w tym okresie; albo autorka pozwala dorosłemu spojrzeć na świat oczami swojego własnego dziecka.

Dzieciństwo to nie sielanka

Świat dzieciństwa, który uchwyciła autorka – to rzeczywistość sprzed „ekologicznej rewolucji”, w której domy beztrosko budowano z azbestu i nikt nie przejmował się odpadami, które pokrywały przestrzeń wokół osiedli. To także świat sprzed społecznych przemian, w którym nikt jeszcze nie śnił o „bezstresowym” wychowywaniu swych pociech. Dzieci, które są bohaterami opowiadań nie są roszczeniowe. Nabierają doświadczenia obserwując zachowania dorosłych i często dorastają nosząc swoje wspomnienia, jak trudno gojące się blizny. One wiedzą, że życie nie jest idyllą. Odczuwa to także czytelnik. Nawet pozornie najbardziej sielankowy utwór („Czarny bałwan”), ukazujący beztroskie zabawy na osiedlu - podszyty jest przeczuciem zagrożenia.

Dlaczego warto sięgnąć po książkę Krisztiny Tóth? Ponieważ węgierska pisarka – zupełnie jak mistrzowska Alice Munro - znalazła idealną proporcję między tym, co zostało głośno i wyraźnie wypowiedziane a niedopowiedzeniem. Czytelnik nie powinien pozostać bierny, raczej musi pogłówkować, gdyż problematyka często rozgrywa się w warstwie psychologicznej i filozoficznej. Można tomik „zaliczyć” szybko. Lepiej jednak sączyć tę prozę niespiesznie, dać jej dużo przestrzeni i pobawić się w odkrywanie symboli. Wówczas lektura wynagrodzi poświęcony czas z nawiązką.


Autor: Krisztina Tóth Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii
Tłumacz: Anna Butrym
Wydawca: Książkowe Klimaty 2016
Projekt okładki: Magdalena Kocińska

 

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.