|

 

ALEKSANDRA URBAŃCZYK – (ur. 1969) Recenzentka. Współpracuje z miesięcznikiem: Forum Akademickie. Ceni podróże i literackie wyzwania. Prowadzi blog poświęcony literaturze: http://ksiazkioli.blogspot.com.

 
 
 

Zawsze nie ma nigdy, czyli wpadam w ciąg literacki…
 

Tajemnicza sprawa z tym doborem lektur. Którędy one do nas trafiają? Dawno już straciłam złudzenie, że czymś kieruję, to one wybierają mnie. Te najlepsze trafiają swoimi tajemniczymi i nieoczekiwanymi ścieżkami. Przekonałam się też, że najlepiej się czyta, gdy mam czas, który pozwala wpadać w ciągi lub tak zwane fazy, czyli pozwalam, by jedna lektura prowadziła do następnej, a ta otwiera drzwi do kolejnej… Czytanie to wędrówka korytarzem, w którym idziemy trochę po omacku, aż nie zaczniemy słuchać intuicji i swoich przewodników duchowych. Trafiamy na liczne zakręty i rozwidlenia, ale gdy wreszcie odnajdujemy właściwą ścieżkę, okazuje się, że od czasu do czasu, potem coraz częściej pojawia się (czyjąś troskliwą ręką postawiona) lampka, której trzeba tylko pozwolić się prowadzić.

Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów, właśnie przenikam na drugą stronę lustra, ponieważ wpadłam w jeden z tych ciągów. Przeczytałam opowiadania zapomnianego mistrza krótkich form i już widzę przed sobą nowe szlaki i rozgałęzienia. Ach, zdobyć wszystkie jego opowiadania! Trafiam na tę i ową książkę, na jakiś artykuł i odkrywam, że Kornel Filipowicz wcale nie jest zapomniany. Wprost przeciwnie! Jest nie tylko stawiany za wzór przez dobrze nam znane i podziwiane osoby, intensywnie obecny we wspomnieniach, jest obecny nawet w wierszach (nikogo innego, tylko naszej noblistki!). Wcale nie jest zapomniany, tylko uporczywie ignorowany. Przez programy szkół, przez wydawnictwa, przez czytelników, którzy się o niego nie upominają… A przecież warto trzymać się zasady: czytaj, co zachwyciło twojego mistrza. To ważny element tej zabawy… Czytujesz Pilcha? Lubisz jego książki? W takim razie trafisz na nazwisko Filipowicza niejednokrotnie. Ale zacznijmy od początku.

Któregoś dnia słucham radiowej audycji. Jest do niej zaproszony Jerzy Pilch, który ma wyraźny problem z wymową, ale zapominam o tym kompletnie już po paru chwilach, ponieważ pisarz mówi fascynująco i mądrze. Wraz z nim wypowiada się współtwórczyni ich książki „Zawsze nie ma nigdy” i podoba mi się promyk światła, który pojawia się w jej głosie, gdy mówi o Pilchu. Tematem audycji jest geneza książki-wywiadu i cała historia jest przejmująca. Książkę kupuję z marszu i po chwili wiem, że to jeden z tych momentów, gdy trafiamy na właściwą ścieżkę. Jak powiedziałby Roland Deschain z Mrocznej Wieży Kinga: czuję, że idę ścieżką Promienia. I nie jest to wcale zauroczenie od pierwszego spojrzenia, bo dwa spotkania z Pilchem w ogóle mnie wcześniej nie poruszyły. Teraz jest zupełnie inaczej.

Czytam wywiad i lektura mnie porywa. Jerzy Pilch zaprasza do swojego mieszkania, pozwala usiąść przy swoim biurku, spojrzeć na swoje zbiory i w jednym z pierwszych tematów opowiada o Kornelu Filipowiczu i Wisławie Szymborskiej! Otwiera się przede mną nowe przejście w czasie. Kupuję następne książki pisarza, taszczę jego dzienniki i zbiory opowiadań. Czytam w amoku. Czy w wywiadzie Pilch „opowiada o sobie coś nowego”? Ależ skąd. „Nigdy jeszcze nie mówił wprost o swojej rodzinie i swoich ambiwalentnych odczuciach”? Przeciwnie! Czytaliście „Moje pierwsze samobójstwo” lub „Wszystkie historie”? Pisarz przecież stale pisze o tym samym. W sposób zawoalowany rzecz jasna, najczęściej też jedzie po bandzie i włącza pedał z podkręcaniem i ubarwianiem do dechy. Mam jednak wrażenie, że niespecjalnie stara się zmieniać dekoracje i zacierać ślady. A odczucia i emocje są z już pewnością z życia wzięte… Nie tylko w „Dziennikach”, także w opowiadaniach znalazły się już wcześniej portrety rodziców i dziadków, te wszystkie ślady przeprowadzek, relacje z rodzicami i inne tropy (nawet idealnie zatemperowane ołówki). To wszystko stanowi tworzywo jego twórczości.

Czytam nie tylko to, co wychodzi spod jego pióra. Staram się powoli dotrzeć do wszystkiego, do czego pisarz się odnosi. Już wspominałam, że trzymam się zasady „czytaj, co zachwyca twojego mistrza”, więc tropię teraz kształt idealnych pierwszych zdań w opowiadaniach Izaaka Babla, oglądam wieś oczami Bunina, a Anton Czechow jest mi przewodnikiem w najpiękniejszej podróży po stepach… Zachwyt, zachwyt, zachwyt!

Zawsze mi sprawia radochę, gdy trafię w recenzji na wyrażonko: „przeczytałam jednym tchem” . Spróbowaliście kiedyś przeczytać jednym tchem coś dłuższego od recepty? No właśnie! Usłużna wyobraźnia uprzejmie podsuwa mi obraz czytelniczki, bo to zawsze jest czytelniczka, która leży w koronkowym peniuarze (nie wiem, dlaczego zawsze jest tak ubrana) na szezlongu (dalibóg – skąd ten mebel?), która czyta jednym tchem. Zaczyna się dusić już w dolnych partiach pierwszej strony, dostaje konwulsji i drgawek, potem sinieje, aż w połowie trzeciej strony w strasznych męczarniach umiera… Ileż czytelniczek zginęło w ten marny sposób! Teraz ja leżę na szezlongu, przekraczam kolejne bramy i umieram za każdym razem. Tak! Czytam jednym tchem! (Napisałam to!)

Wracając na ziemię i do wywiadu – czuję się urażona w imieniu Eweliny Pietrowiak, gdy w recenzjach pojawiają się komplementy dla jej inteligentnych pytań. Któraś z poczytnych gazet zdobyła się na taką mądrość i w zasadzie wszyscy później pojechali tym komunałem. Czy naprawdę ktoś uważa, że Pilch zaprosiłby do rozmowy osobę mniej wrażliwą i inteligentną? Czy można podawać w wątpliwość inteligencję osoby, która jest reżyserem teatralnym i operowym? Czy wreszcie rozmowa, która wymaga nie tylko idealnego pierwszego zdania, ale wyważonego balansowania między tematami i powściągliwości w ujawnianiu różnego rodzaju informacji, mogła być przeprowadzona z kimś przypadkowym? Ten komplement jest raczej nie na miejscu. Oczywiście, że pytania i odpowiedzi są nie tylko inteligentne, ale także dowcipne i interesujące, zdradzające zażyłość między rozmówcami, ale także pewien zamiar rozmówczyni, która sama nie tylko konsekwentnie pozostaje w tle rozmowy, ale znając pewne cechy charakteru Pilcha, stara się je odpowiednio wydobyć i naświetlić, podać czytelnikowi na tacy po to, by obalić stereotypy, które powstały wokół pisarza. Trzeba przyznać, że głównie dzięki jego usilnym staraniom.

Dlaczego przeprowadzenie wywiadu akurat w tym momencie musiało być przedsięwzięciem skomplikowanym? Abstrahując od problemów zdrowotnych (wielogodzinne sesje pomogły pisarzowi w ćwiczeniu mowy, z którą miał kłopot po przebytej operacji), przeprowadzenie rozmowy, którą wypełniają wątki biograficzne, wymagało pewnego wyważenia. Wiadomo, że pisarz pracuje nad autobiografią, a jeszcze w tym roku (w drugiej połowie) ma ukazać się książka Katarzyny Kubisiowskiej „Podwójna gra” (biografia nieautoryzowana). W tych okolicznościach udzielenie wywiadu narzuca doprawdy żelazną dyscyplinę. Trzeba kluczyć i lawirować; powrócić do wątków już wielokrotnie poruszanych, bo przecież autor bez przerwy korzysta ze swoich „wyznań elementarnych”, ukazać je w innych kontekstach, a zarazem zadbać, by nie zdradzić faktów, które mają ewentualnie wypłynąć w odpowiednim momencie. Jestem pod wrażeniem. Wywiad rozpala, a nie zaspokaja ciekawości. Pilch się otwiera, a jednocześnie wymyka. Kieruje wzrok na kolejne bramy. Pilch to wehikuł czasu…

Drogi Czytelniku, jeżeli dobrnąłeś aż do tego miejsca, szczerze współczuję. Z pewnością śpisz w tej chwili z głową na łokciach... Mam nadzieję, że przynajmniej Twoje krzesło jest wygodne jak szezlong... Dobrych snów!

http://ksiazkioli.blogspot.com/2016/03/zawsze-nie-ma-nigdy-czyli-dzisiaj.html

 

Autor: Jerzy Pilch, Ewelina Pietrowiak, Zawsze nie ma nigdy
Wydawca: Wydawnictwo Literackie 2016
 

 

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.