DANKA MARKIEWICZ - blogerka, aspirująca pisarka i ilustratorka. Mieszka z rodziną w Bazilikacie na południu Włoch.

 

Dotyk niewidocznych
 

„Przejadasz połowę wypłaty, zdradziecki żarłoku. Nigdy nie broniłam mu odwiedzania syna, stul mordę, która śmierdzi gównem. Nic nie zdziałasz grożąc moim przyjaciółkom, do których cały czas piszesz. Ludzie wierzą mi a nie tobie, ty zdziro. Kradniesz facetów, idziesz z każdym, kto ci da kasę na twoje sztuczne pazury. Weź się do roboty, wieprzu!”.

Marcin Wykrop przesuwał palcem po ekranie swojego telefonu, czytał post Kasi Marzec, z którą parę tygodni temu zawarł znajomość na Facebooku. Mieszkała w tym samym bloku na robotniczym osiedlu, gdzie się przeprowadził po utarczce z mężem jasnowłosej Berty. Minęło prawie pół roku a on wciąż cierpiał, dręczył go wstyd i poczucie winy. Daniel zaufał mu niczym przyjacielowi, on zaś okazał się zdrajcą. Ośmieszył się, wspomnienie o Dziaduszyńskich było świeżą raną – czekał, aż stanie się blizną, których miał już tak wiele.

Z łatwością znalazł nową pracę. Przez dziesięć godzin dziennie rozkręcał samochody, wieczorami gdzieś jeździł lub siedział przed telewizorem. Polubił to nowe miejsce, odkrył, że wszyscy się znali. Nie czuł się bardzo samotny, miał poczucie, że nim też ktoś się interesuje. Kasia mieszkała na trzecim piętrze, on sam na parterze. Widywał ją każdego ranka, schodziła po schodach, ciągnąc za sobą syna. Była szczupła i młoda, miała smutne oczy i zawsze się denerwowała. Pokrzykiwała na marudzącego chłopca, chciała, żeby się pospieszył. Wychodził na klatkę, gdy słyszał ich głosy.

- Dzień dobry! – mówił.
- Cześć! – odpowiadała.

Trwało to kilka tygodni, pewnego dnia zagadnął o nią znajomego w warsztacie.

- Mieszka nade mną dziewczyna, ma małego syna – powiedział. – Taka szczupła blondynka, nosi dżinsową kurtkę.
- To Kaśka Marzec! – usłyszał. – Podoba ci się? Masz u niej szanse, mąż trzy lata temu dał nogę.
- Rzucił ją?
- Znalazł kochankę. Kaśka to dobre stworzenie!

Marcin zapamiętał nazwisko i w pierwszej wolnej chwili poszukał jej na Facebook. Znalazł zdjęcie dziewczyny w bardzo szykownej kreacji. Lekko się uśmiechała, lecz oczy pozostawały smutne. Wysłał zaproszenie do grona znajomych, Kasia zaakceptowała je w ciągu dwudziestu minut. Ucieszył się – coś go z nią łączyło. Jej także ktoś nie chciał, ośmieszała się stukając uparcie do zamkniętej na głucho bramy.

Spędzał sporo czasu, studiując profil dziewczyny. Czytał posty, w których zwracała się do rywalki, biło z nich poczucie krzywdy, gorycz porzuconej kobiety. Od czasu do czasu adresowała też coś do męża. Zauważył, że zawsze nazywała go „swoim”.

„Mój drogi kretynie” – pisała, oskarżając niewiernego Andrzeja, że zaniedbuje dziecko i nie chce ich utrzymywać. Oglądał zdjęcia Kasi, wpatrywał się w drobną twarzyczkę, okrągłą niczym talerzyk. Miała wąskie, blade usta i jasne włosy, które mu się podobały. Marcin preferował blondynki, czuł się przy nich bezpieczniej. Zdawały mu się niewinne, zbyt dobre, aby go zranić. Zaczęli ze sobą rozmawiać, zatrzymywała się, kiedy wychodził z mieszkania. Dowiedział się imienia dziecka i chętnie je zagadywał.

- Miłosz, nie denerwuj mamy! – pouczał brunecika z wiecznie otwartymi ustami. – Czemu marudzisz, nie chcesz iść do przedszkola?
- Nie ma tam nic do roboty... Wiecznie te same zabawki – informował go chłopiec.
- A w domu to masz codziennie nowe samochody? Dobrze, że starcza na chleb, jak ojca nic to nie obchodzi! – irytowała się Kasia.
- Nie każdy umie docenić rodzinę! – kiwał głową Marcin. – Najłatwiej jest odejść jak wieśniak.

Ze wszystkich sił starał się pokazać, że się z nią solidaryzuje. Pisał komentarze i obdarzał „lajkami” wszystkie zdjęcia dziewczyny. W miarę upływu czasu wydłużały się ich poranne rozmowy. Szli razem do samochodów, patrzył, jak zapina Miłosza w dziecinnym foteliku i wypalał z nią papierosa. Nigdy nie odjeżdżał pierwszy, choć tak naprawdę się spieszył. Miał na końcu języka banalne zaproszenie na kawę, ciągle się się jednak opierał, aby je wypowiedzieć. Co kilka dni umieszczała pełne pretensji posty – czyżby nadal walczyła o „swojego” Andrzeja? Nie chciał być znów niepotrzebnym, a nawet niewidzialnym. Kasia chętnie przystawała, żeby zamienić dwa słowa – w przeciwieństwie do Marty, która nie udawała, że chce tylko rozmawiać.

*

Czterdziestoparoletnia brunetka miała mocno podkreślone oczy i wydatny biust, ciasno opięty wydekoltowaną bluzką. Nosiła legginsy, mierzył wzrokiem jej szerokie biodra i miękkie, krągłe uda. Zanim zakochał się w Dziaduszyńskiej, nie patrzył na puszyste dziewczyny. Berta mogłaby jednak z powodzeniem być szczupła, niczego by to nie zmieniło. Szalał za nią, pozwolił się ogarnąć uczuciu do żony kolegi i wyszedł na nikczemnika, niszcząc związek Daniela.

Gorzkie doświadczenie nauczyło go nie ufać kobietom. Zdradzały i odchodziły, obojętne, jak jego matka. Trafił do domu dziecka, gdy był sześcioletnim dzieckiem, lecz ktoś wymazał z pamięci ruderę na przedmieściu miasta, gromadę rodzeństwa, groźnego, pijanego ojca. Psycholog wytłumaczył, że „wyparł” wspomnienia związane z traumami, broniąc się w przed cierpieniem. Nie miał powodów, żeby w to nie uwierzyć.

Jego życie zaczęło się, kiedy miał sześć lat i dziewięć miesięcy. Leżał poparzony na chłodnej podłodze, nie wiedział, jak długo to trwało – później mu powiedziano, że dobrych parę godzin. Ktoś pochylił się nad nim, był to starszy człowiek.

- Zabiorę cię stąd, dobrze? – powiedział.
- Tak, tak – wyszeptał Marcin.

Cieszył się, że odchodzi, wierzył, że już nigdy nie wróci. Spędził cztery tygodnie w szpitalu. Gorąca woda pozostawiła oparzenia trzeciego stopnia i konieczne były przeszczepy. Poddawał się z cierpliwością wszystkim bolesnym zabiegom. Patrzył w oczy lekarzom, zawsze bezwzględnie spokojny. Niektóre pielęgniarki litowały się nad sześciolatkiem.

- Ile on musiał przeżyć! – szeptały. – Jego już nic nie boli.

Wypadek w kuchni oddzielił Marcina od wymazanego życia. Po wyjściu ze szpitala trafił do domu dziecka. Rodzice początkowo chcieli go jeszcze widywać – obawiał się tych odwiedzin. Ponury, zniszczony ojciec kiwał się niczym na szczudłach na patykowatych nogach. Drżąc na całym ciele słuchał chrapliwego głosu.

- Powiedziałeś im? Powiedziałeś? – dopytywał się ojciec. – Ja cię kurwo zabiję, jak piśniesz choć jedno słowo.

Nie mógł jeszcze wstawać i leżał nieruchomo w swoim łóżku pod ścianą. Wiedział, że gdzieś głęboko czaiła się odpowiedź, której tak się obawiał. Nie chciał pamiętać, walczył, żeby tak zostało. Matka odwiedziła go cztery razy. Patrzyła na obandażowanego syna przymglonymi oczami, była spuchnięta na twarzy, mąż bił ją i pili razem.

W domu dziecka dowiedział się, że najprawdopodobniej ojciec oblał go gorącą wodą. Upierał się, że Marcin był bękartem sąsiada i już raz próbował go zabić. Starał się o tym nie myśleć, z uporem wycinał wszystko, co dotyczyło rodziców. Inne dzieci czekały na odwiedziny mamy albo tatusia, on cieszył się, że nie przychodzili. Doceniał sycące posiłki, łazienkę i ciepły koc w łóżku. Był jak zmaltretowane kociątko, wyjęte z paszczy wilczura. Obawiał się prawie wszystkiego, był czujny, reagował na dotyk napięciem mięśni, unikiem. Choć tego nie pamiętał, wiedział, że musiał być bity.

Spędził tam jedenaście lat. Po wyjściu z domu dziecka otrzymał mieszkanie socjalne – czuł się prawie szczęśliwy. Znalazł pracę w warsztacie, lubił ją i bardzo się starał. Każdego dnia powtarzał sobie, jak bardzo mu się udało. Miał swój kąt, własny samochód, umiał oszczędzać pieniądze – niczego mu nie brakowało, ale nie miał dziewczyny. Z lustra patrzyła na niego przystojna twarz, koledzy z warsztatu zazdrościli mu powodzenia u kobiet.

- Wszystkie suną prosto Marcina! – mówili. – Na nas nikt nie zwraca uwagi.

Była to prawda, większość młodszych klientek od razu szukała go wzrokiem. Peszyło go zainteresowanie, był bowiem bardzo nieśmiały. Od czasu do czasu próbował się przełamać, wychodził na dyskotekę w towarzystwie kolegów. Zawsze upijał się i tracił przytomność, budził się z bólem głowy oraz pustką w portfelu. Żal mu było ciężko zarobionych pieniędzy, które niefrasobliwie roztrwonił.

Kiedy zobaczył Bertę, miał prawie trzydzieści lat i jeszcze żadnej kobiety. Jej odejście przeżył bardziej, niż razy, jakimi uraczył go Daniel. Katastrofa małżeńska, do której się przyczynił wytrąciła go z równowagi. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, postanowił o wszystkim zapomnieć. Wrażliwy, introwertyczny Marcin nauczył się sterować swoimi uczuciami. Te wstydliwe, boleśnie piekące spychał tak głęboko, jak tylko się dało. Starał się ich nie dotykać czekając, aż się zabliźnią. Przestawały boleć, nie mógł ich jednak pokazać.

*

- Mój ex mówił, że jestem maślana! – śmiała się Marta, pokazując zęby gdzieniegdzie uzupełnione koronką.

Przyzwyczaił się do jej zainteresowania – przystojny mechanik wpadł w oko rozwiedzionej kobiecie. Koledzy z warsztatu szeroko się uśmiechali na samo wspomnienie o Marcie.

- Już cię zauważyła? – zapytał chudy Grzesio. – Żona widziała, jak obserwowała twój balkon.
- Naprawdę? – spłoszył się Marcin. Z natury był pełen rezerwy, niepokoiło go takie zachowanie.
- Z nią nie ma żartów! Lepiej zasuwaj zasłony. I pytaj, kto to, jak usłyszysz domofon!

Marta była ponad dziesięć lat starsza i miała dwie prawie dorosłe córki. Rozwiedziona od dawna, zmieniała kolejnych partnerów. Pociągała go zarazem i odstręczała bezceremonialność czterdziestoletniej kobiety. Przychodziła do warsztatu nie siląc się na udawanie, że ma problem z samochodem. Wpadała w przerwie na obiad, szukała Marcina i zaczynała rozmowę.

- Podoba ci się u nas? – pytała, podając mu papierosa. – Takie małe osiedle, wszyscy tu każdego znają.
- Tak? – bąkał, szukając zapalniczki. Koledzy rzucali mu rozbawione spojrzenia. Nie wiedział, jak ma się zachować.
- Ja się tym nie przejmuję i tobie też nie radzę! Ludziom wszystko przeszkadza.

Słuchał, rzucając okiem na dekolt. Miała białą skórę, zapewne gładką i miękką. Róż na twarzy kończył się w okolicy szyi, tam, gdzie się nie posmarowała swoim podkładem w płynie. Pod okiem miała czarną kreskę, beżowa szminka na ustach ścierała się w miarę mówienia i popijania piwa. Pociągała go w czysto zmysłowy sposób – miał ochotę położyć jej ręce na piersiach, dobrać się do ciepłego brzucha, którego wzgórek opinała elastyczna bluzka.

- Zauważyli, że my się znamy – mówiła. – Pewnie by gadali, jakbyś mnie kiedyś gdzieś zabrał.

Milczał, nie wiedząc, co zrobić. Nie chciał jej nigdzie zapraszać, lecz sądził, że powinien to zrobić.

- Marta pracowała w szkole – odezwał się Grzesiek. – Ciągnie ją do młodzieży!
- Zajmij się sobą! – warknęła. – Jaki dowcipny, patrzcie.
- Chłopak jest ze dwadzieścia lat młodszy od ciebie! A fu! – poparł go Jacek, właściciel zakładu. – Lepiej umów się ze mną.
- Wracaj do swojej żony! – powiedziała Marta, podnosząc się z krzesła. – Muszę już iść, próżniaki, weźcie się do roboty.
- Cześć – mruknął Marcin.
- Na razie! Zobaczymy się u Eryka, to może jest dozwolone na tym plotkarskim osiedlu.
- Wisisz mi dwa sześciopaki! – powiedział Grzesiek po chwili. – Miała cię już między nogami.
- Robi się coraz gorsza! – rzekł Jacek. – Czterdziestoletnia babina, a jak się uwzięła na tego chłopaka! Drugi raz tu przyłazi.

Marcin pokiwał głową. Nie odpowiadała mu ta sytuacja.

- Może jak znowu przyjdzie, daj mi coś do roboty? – poprosił Jacka.
- Co mam ci dawać? Każ się jej odpierdolić.
- Tak nie można.
- Dlaczego? – zapytał Grzesiek. – Jeszcze trochę i wlezie ci po balkonie!
- Taka głupia to nie jest.W głębi duszy jednak obawiał się nieprzewidywalnej kobiety. Nie mógł pozwolić, by łączono go z Martą – mogło to pokrzyżować plany wobec Kasi. Spędził resztę przerwy wpatrzony w wyświetlacz Nokii, przeglądał dobrze znane zdjęcia, było tam jedno, które szczególnie lubił. Siedziała na plaży, sama, bez swojego syna. Uśmiechała się, pokazując ładne i białe zęby, oczy jednak pozostawały smutne.

*

„Drogi balonie, jeśli mam iść w pole, powinnaś oddawać krew, skoro dajesz się utrzymywać kosztem jego syna. Nie waż się o nim wspominać twoim brudnym pyskiem. Ten który powinien być ojcem nie dba o rodzinę, tylko o obcą krowę. Widzę, że szpiegujesz mój profil, kontaktujesz ludzi, którzy komentują. Twoje życie budzi we mnie litość, skoro spędzasz czas kontrolując, co piszę. Tylko że tym razem trafiłaś na osobę, która odpowiedziała ci, jak należy. Ostatnia rzecz: dziwka to ta, która cię urodziła. Idź w pole!” – przeczytał.

Wracał do tego postu wiele kolejnych razy, analizował to, co napisała. „Ten który powinien być ojcem” – miała na myśli Andrzeja. Pośród zdjęć dziewczyny znajdowało się szereg tych z byłym mężem. Drobnej budowy brunecik obejmował Miłosza, bawili się z razem w ich domu. Gdzieniegdzie była i Kasia – młoda, szczęśliwa rodzina.

„Chce jego!” – pomyślał Marcin. „Znowu się w to pakuję!”

Siedział samotnie w pustej kawalerce, nasłuchując głosów za ścianą. Obok niego mieszkała osiemdziesięcioletnia wdowa. Teresa słuchała telewizji na cały regulator.

- Nie przeszkadza ci to? – pytała od czasu do czasu. – Nie mogę zasnąć, do późna w noc tak siedzę.
- Ja nic nie słyszę! – kłamał. – Niech pani ogląda spokojnie.

Piętro wyżej mieszkał Profesor – nazywał go tak, chociaż znał jego imię. Sąsiad powiedział, że wykłada na uniwersytecie. Poznali się, gdy na głowę Marcina zaczęła kapać woda. Robił pranie w łazience, spojrzał do góry, gdzie tworzyła się właśnie plama. Natychmiast poszedł zadzwonić do mieszkania na piętrze. Otworzył mu długowłosy brodacz w okularach o przyciemnionych soczewkach.

- Dzień dobry – powiedział Marcin. – W twojej łazience jest woda.

Został zaproszony do środka, żeby to osobiście sprawdzić. Pralka Profesora stała dokładnie w tym miejscu, co w mieszkaniu Marcina i była również włączona. Stwierdzili, że musi przeciekać. Wypadek zapoczątkował ich przyjazne stosunki. Sąsiad był również samotny, prawie każdego wieczora zapraszał go do siebie na piwo. Nauczył się na niego czekać. Elokwentny Profesor miał gawędziarski talent i potrafił zaciekawić opowieściami o wszystkim. Nigdy go nie wypytywał – było to nie do przecenienia. Po powrocie do domu szedł od razu do łóżka, zasypiał zadowolony, że spędził czas z przyjacielem.

Po przeczytaniu posta ogarnął go ponury nastrój. Nikomu nie powiedział, że interesuje go Kasia – był bardzo zazdrosny o swoje prywatne sprawy. Tym razem jednak miał ochotę się zwierzyć. Ciążyły mu wątpliwości, był ciekaw czyjegoś zdania w kwestii tej dziewczyny. Zerknął na zegarek – już dawno minęła ósma. Doszedł do wniosku, że Profesor dzisiaj go nie odwiedzi. Wahał się przez chwilę, po czym wyszedł z mieszkania i zadzwonił do drzwi sąsiada.

- Cześć! – zaczął. – Masz coś do roboty?
- Nic pilnego. Zachodź, napijemy się piwa.

Zajęli swoje miejsca po dwóch stronach kuchennego stołu. Marcin zastanawiał się, jak zacząć rozmowę o Kasi. Profesor obserwował go, otwierając butelki.

- Coś się stało? – zapytał.
- Nie, dlaczego?
- Znamy się dwa miesiące, dopiero drugi raz sam do mnie przychodzisz. Ostatnio zalałem ci chatę...

Marcin nie odpowiadał, siedzieli w milczeniu. Profesor wodził palcem po szyjce butelki.

- Oglądałeś wczorajsze wyścigi? – zapytał po dłuższej chwili.
- Jakie?
- Formuła 1 w Monako.
- Nie lubię sportu – odparł Marcin. Cieszył się, że zboczyli na bezpieczniejsze tory.
- Też kiedyś nie lubiłem. Potem zacząłem oglądać Moto GP i Formułę 1 – fascynował mnie Schumacher. Czasami w sobotniej próbie coś mu nie wychodziło i w niedzielę startował z odleglejszego miejsca. Wydawało się, że nie ma szans, żeby stanąć na podium – opowiadał Profesor. – Ale Michael się nie poddawał, walczył za każdym razem! Inni odpadali, czasem poszło im koło albo mieli wypadek, jeden po drugim zostawali w tyle a on szedł do przodu i w końcu wygrywał! Dużo mnie nauczył on i Valentino Rossi. To bestie z krwią w oczach, nic ich nie mogło powstrzymać.

Marcin słuchał uważnie. Obydwaj nic nie wypili.

- W pewnym momencie startował też brat Schumachera. Był bardzo obiecujący, choć zdaje się, że niczego nie wygrał. Kiedy ścigali się razem, Michael zostawiał go w tyle! Nikt się nie liczył, tylko on musiał być pierwszy. Wiesz – powiedział Profesor, odsuwając piwo. – Zdarzyło się, że jego matka zmarła w dzień wyścigów. Wszyscy myśleli, że sobie odpuści, a on wsiadł do samochodu i wygrał! Zrobiłbyś coś takiego?
- Na pewno. Nigdy jej nie poznałem.

Profesor uniósł brwi i rzucił współczujące spojrzenie.

- To nieprawda – rzekł po chwili Marcin. – Ale zawsze tak mówię.
- Dlaczego?
- Oddali mnie do domu dziecka. Tam się wychowałem.
- Nie powiem, że jest mi przykro, bo to tylko frazes…

Profesor uśmiechnął się lekko, jego zielone oczy patrzyły uważnie spoza okularów.

- Mogę cię o coś zapytać? – rzekł cicho. – Jak nie chcesz, nie odpowiadaj.
- Pytaj.
- Nie rozmawiałeś dziś z Kasią. Słyszę was prawie co rano, wychodzisz z mieszkania, jak odprowadza syna.
- Tak, ona mi się podoba – wyznał zmieszany Marcin. – Ale nie wiem... Bez przerwy pisze na Facebook, że ma pretensje do męża. Tak jakby na niego czekała!

Może chce gościa z powrotem.

- A może jest gotowa na kolejnego faceta. Moim zdaniem masz szanse... Musisz tylko spróbować.
- Nie chciałbym się ośmieszyć!
- Za dużo kombinujesz. W tych sprawach trzeba prostoty.
- Tak mówisz? To czemu nie masz dziewczyny?

Profesor znów się uśmiechnął. Przyciągnął otwartą butelkę i patrzył na nią przez chwilę.

- Jeszcze się nie domyśliłeś? – zapytał, pociągając łyk piwa. – Jestem przekombinowany.

*

Sobotnie przedpołudnia Marcin spędzał w pracy. Po powrocie do domu robił zazwyczaj pranie, odkurzał i prasował spodnie oraz koszule. Wieczorem oglądał filmy, czasami chodził do baru, mieszczącego się na parterze sąsiedniego bloku. Zdarzało się, że spotykał tam Martę – była prowokująco ubrana i zawsze go zaczepiała. Starał się zachować dystans, odpowiadał półgębkiem na niezliczone pytania. Nie pojawiała się już w zakładzie, co bardzo mu odpowiadało. Irytowały go zaloty czterdziestoletniej rozwódki.

„Czy ona nie widzi się w lustrze?” – myślał, słuchając jednym uchem, co do niego mówiła. „Ubiera się jak nastolatka. Myśli, że jej w tym do twarzy!”.
Pewnego sobotniego wieczora zmywał naczynia po sutej jak na swoje warunki kolacji. Zachciało mu się bigosu, kupił więc dużo wędliny, kapustę i go ugotował. Szorował przypalony garnek, oskrobując z dna przywarte kawałki kiełbasy, kiedy usłyszał dzwonek. Dochodziła dziewiętnasta, pomyślał, że Profesor przyszedł tym razem wcześniej. Poszedł otworzyć i aż się cofnął, widząc w drzwiach uśmiechniętą Martę.

- Cześć! Zrobiłam ci niespodziankę! – rzekła donośnym głosem.

Marcin spojrzał na klatkę – wydało mu się, że ktoś schodził po schodach. Nie chciał, żeby Kasia zobaczyła tę kobietę na progu jego mieszkania.

- Wejdź – powiedział z niechęcią.

Od razu go posłuchała.- Ładnie tu u ciebie! – rzekła bez przekonania, lustrując skromnie urządzone wnętrze.

Marcin przystanął, oparty o framugę lustra. Patrzył w milczeniu na nieproszonego gościa.

- Wdarłam się tu, wiem, że tak nie przystoi – rzekła z szerokim uśmiechem. – Mam coś na przeprosiny.

Wyjęła z przepastnej torebki butelkę białego wina, po czym bez wahania ruszyła w stronę pokoju. Marcin poszedł za nią. Był nieco oszołomiony – w jakiś dziwny sposób jej towarzystwo zaczęło mu odpowiadać. Bezdyskusyjnie go chciała, sama wchodziła w dłonie... Nie musiał o nią walczyć, obawiać się odrzucenia. Była tu, miękka i ciepła, zdecydowanie „maślana” gotowa na wszystko kobieta.

- Zazdroszczę ci wolnego mieszkania! – powiedziała, siadając na zapadniętej kanapie. – Marzę, że dziewczyny w końcu się wyprowadzą. Z moim ex nie wiedzieliśmy, co wymyślić, żeby mieć trochę swobody. W zimie było najgorzej, ciągle siedziały w domu. Latem robiło się lepiej, wracały o trzeciej nad ranem. Dobrze, że nadchodzi czerwiec!

Śmiała się, ocierając oczy. Marcin po chwili wahania usiadł obok Marty. Ogarniał go lęk, towarzyszący mu zawsze w sprawach związanych z seksem. Wszystkie nieśmiałe próby zbliżenia się do kobiety kończyły się, zanim jej dotknął. Tłumaczył to skrępowaniem przed pokazaniem się nago. Wstydził się swoich blizn, wiedział jednak, że prawda musiała być inna. Starannie zaryglowana, zasklepiona już rana.

- Przyniesiesz szklanki? – spytała, sięgając po papierosa.

Marcin nie ruszył się z miejsca – chciał, żeby sobie poszła i bał się, że go zostawi. Fascynowały go pełne bryły piersi, meszek pod pachami, miękka hojność jej wzgórków, różniąca się od jego ciała. Marta uśmiechała się lekko z papierosem w ustach.

- Odwiedza cię ktoś? – rzuciła.
- Nie – odpowiedział.
- A Kasia, ta smutna ofiara? Widziałam was razem.
- Gdzie? – spytał dosyć niegrzecznie. – Szpiegujesz mnie?
- Ja? O czym ty mówisz! Wiem tylko, że rozmawiacie…
- Przeszkadza ci to?
- Mnie? Dlaczego? – spytała z polubownym uśmiechem. – Jeśli chcesz słuchać jej żalów... Musisz tylko wiedzieć, że też ma za uszami. Mówią, że mąż ją rzucił, bo Miłosz nie jest jego synem.

„Nie wierzę!” – pomyślał z uczuciem nagłej przykrości. „Kłamiesz, ty podła dziwko”.

- Kasia to dobra agentka – mówiła. – Tutaj wszyscy się znamy! Chce żeby ją utrzymywać...
- Wystarczy – przerwał. – Po co tutaj przyszłaś?

Marta zaciągnęła się mocno, zgasiła papierosa po czym wsunęła rękę we włosy Marcina. Zesztywniał jak po uderzeniu, ale się nie odsunął. Zobaczył jej twarz blisko swojej, z półotwartych ust wysuwał się obłoczek dymu.

- Nie! – rzucił, zraniony otwartym nagle wspomnieniem.

Miał oczy łzawiące od gryzącego dymu i widział szczerzące się usta. „Chodź tu!” – usłyszał. Nie chciał, musiał zapomnieć. Marta wstała z kanapy i podciągnęła ramiączko swojej czarnej bluzki.

- Cześć, frajerze! – rzekła. – Biedna ofiaro losu.

Słyszał jak głośno trzasnęła drzwiami. Złapał klucze, leżące na komodzie z lustem i poszedł się napić do baru.

*

„To, co opowiadasz kompletnie mnie nie obchodzi, zmyślone rzeczy znikają zanim się je wypowie! Patrz na świństwa, które wyprawiasz, parzysz się jak zwierzę, czatujesz na kolejnego faceta przed moim własnym blokiem. Szkoda, że dał się wrobić, myślałam, że jest inteligentny! Gorzej dla niego. Życzę wam szczęścia, skoro podobają mu się wieloryby w wieku babci Pig!” – czytał, przesuwając palcem po ekranie swojego telefonu. Siedzący naprzeciw Profesor patrzył na niego spod oka.

- Złe wieści? – zapytał wreszcie.
- Tylko złe – odpowiedział.

Marcin był przygnębiony. Spotkana tego ranka Kasia nie chciała z nim wcale rozmawiać. Miała zaciętą minę, rzuciła mu gniewne spojrzenie i znikła, ciągnąc za sobą syna. Nie miał wątpliwości, że widziała Martę wchodzącą do jego mieszkania. Targały nim sprzeczne uczucia – złościła się myśląc, że romansował z inną, nie był jej więc obojętny. Bolało go, że nie z własnej winy zaprzepaścił tę szansę. Siedział nad nietkniętą butelką, bawiąc się telefonem.
- Żyjemy we wspaniałym momencie – odezwał się Profesor.

- Co? – nie zrozumiał Marcin.
- Tak powiedział mój nauczyciel historii, kiedy się skończył komunizm. „Dzieciaki, zazdroszczę wam! Macie szczęście”. Rok 1989 miał zmienić oblicze kraju. Co mamy po ponad dwudziestu latach? Bezrobocie nie spada, ponad dwa mln Polaków pracuje za granicą...
- A „umowy śmieciowe” – powiedział Marcin, zadowolony z obrotu rozmowy. – Popracujesz parę miesięcy i idziesz na zieloną trawkę... Udało się nam, co tu gadać.
- Ja nigdy nie wyemigruję – powiedział Profesor. – Zrobię coś dla tego kraju.
- Co zrobisz? Wyedukujesz młodzież? I tak wyjadą... Do chuja.
- Ty zostałeś.
- I co mam z tego? Haruję po dziesięć godzin i starcza mi, żeby przeżyć. Znajomy wyjechał do Anglii, też pracuje w warsztacie, płacą o niebo lepiej. Sprowadził całą rodzinę... Weź książkę o tym napisz, to kurwa lepiej zrobisz.
- Ja piszę – powiedział Profesor. – Opowiadanie dla Adama.
- Kto to jest?
- Mój bratanek. Chce ci się posłuchać?

Marcin skinął potakująco głową i wsunął telefon do tylnej kieszeni spodni. Profesor wyszedł z kuchni i wrócił z laptopem pod pachą. Otworzył go, włączył, odchrząknął żartobliwie po czym zaczął czytać.

„Mały Kręglak mieszkał w ciemnościach pod schodami. Nie bardzo lubił to miejsce, ale nie miał wyboru. Dobrze wiedział, że na zewnątrz nie czeka go nic dobrego. Spędzał czas skurczony w kłębek w pachnącym kurzem kąciku, dużo spał i rozmyślał. Od czasu do czasu budził się i robił dobrze słodzoną kawę.
- Ciekawe, jak jest na dworze? – myślał, racząc się ciepłym płynem. – Wszystkie te duże stworzenia... Czyhają, mają pazury?

Wytrzymał pod schodami do swoich trzecich urodzin – wtedy to postanowił, że musi się sam przekonać. Otworzył skrzypiące drzwi, uderzyło go chłodne powietrze, pachniało zgnilizną i deszczem.

- No tak, przyszedłem na świat w listopadzie – szepnął do siebie Kręglaczek. – Ci, co urodzili się w lecie mają na pewno lepiej.

Zbiegł po schodach z uczuciem oczekiwania. Było chłodno, kropił drobny deszczyk, a on nie wziął zimowego odzienia.

- Powinienem wrócić – powiedział z wahaniem, lecz nie wszedł z powrotem do domu. Bał się, że wciągnie go znajome ciepło i ciemność pod schodami.

Zamiast tego szedł przed siebie, jak to sobie wymarzył. Świat był oczywiście ogromny i zdawał się nieustannie zmieniać. Patrzył na postrzępione chmury, płynące po szarawym niebie. Były tam, lecz za chwilę znikały. Wiatr porywał mu spod stóp zeschłe liście i szarpał gałęziami. Tam, gdzie spędził życie wszystko wyglądało tak samo. Zdecydował, że pomimo wszystko podoba mu się na dworze.

- Jakie to fascynujące! – mruczał. – To tak, jakbym poruszał się w wielu równoległych światach. Ciekawe, czy mogę coś wybrać a potem jeszcze raz zmienić?

Przejęty nowym odkryciem, kroczył z przesadną uwagą po przemoczonej trawie. Nasłuchiwał i patrzył, bo wszystko miało znaczenie.

- Oni się pewnie też dziwią – szeptał Kręglak do siebie. – Ci, co mieszkają w przylegających światach!

Rozmyślał i analizował, idąc w stronę rzeki. Zatrzymał się nad mętnym nurtem, którego nie umiał przebyć.

- Weź moje piórko! – usłyszał. – Przelecisz bez trudu nad ściekiem.

Zdziwiony Kręglak zobaczył bociana, stojącego na brzegu. Do łapki przytwierdzony był sznurek, łączący go z przemoczoną myszką.

- To nieprawda – odparł. – Kręglak nie zamieni się w ptaka!
- Masz rację – poparła go myszka. – Co on opowiada! Widzisz, ode mnie wymaga, żebym nauczyła się latać. Bez przerwy mnie ciąga po łące, dosyć mam tego wszystkiego!
- Odczep sznurek – poradził Kręglak. – Wracaj do swego mieszkania.
- Nie mogę – zaprotestowało zwierzątko. – Chcemy być zawsze razem!
- Dlaczego? – spytał.
- Jesteś jeszcze za mały, żeby zrozumieć te sprawy. Jak dorośniesz, też się z kimś zwiążesz i będziesz szczęśliwy!

Mysz pożegnała się, po czym wzbiła w powietrze, uwieszona na sznurze. Od razu zaczęła krzyczeć i machać rozpaczliwie łapami.

- Za wysoko, mam zawroty głowy!

Ptak zniżył loty i natychmiast uderzył w wilgotny pień drzewa. Obserwował, jak się sprzeczają drżąc z zimna na listopadowej łące. Łączący ich sznur był napięty, jak gdyby miał się rozerwać. Postanowił, że pójdzie dalej, kierując się z nurtem rzeki. W żółtobrązowej wodzie także kłębiło się życie.

- Co robicie? – zapytał grubego okonia, śmigającego przy brzegu.
- Bawimy się – odparła ryba.
- Jak tam jest?
- Wspaniale! Wskakuj, głuptasku, to sam się przekonasz.
- Nie mogę – odpowiedział. – Kręglak nie umie żyć w wodzie!

Okoń uderzył ogonem na znak lekceważenia, po czym dał nura w głębiny, znikając w tajemniczym świecie.

- On kłamał! – odezwało się Zasmucone Stworzonko. – Woda jest lodowata.
- Skąd wiesz?
- Mam łajbę a na tym się pływa.

Zobaczył, że Stworzonko ciągnie za sobą brudną i poobijaną łódkę.

- Czemu jej nie spuścisz do rzeki? – zapytał.
- Kiedyś tak zrobiłam. Od razu zjawiła się większa ryba i gwizdnęła mi wiosła.
- Spraw sobie nowe, nie ciągnij łódki po ziemi!
- Zajmij się sobą – odparło. – Nie szukam kolejnych kłopotów.

Nie odrywał oczu od drobnej postaci, wlokącej z uporem ciężar. Nie umiał go już zostawić, podszedł więc nieśmiało do zasapanego Stworzonka.

- Pomogę ci – powiedział Kręglak.
- Nie trzeba! – rzuciło, on jednak zaczął się szarpać z łódką.

Sznur ranił mu dłonie, od razu rozbolały go plecy, czuł się jednak spełniony. Brnęli razem przez łąki, ciągnąc za sobą ich wspólny ciężar”.

„Ach tak!” – pomyślał Marcin. „To opowiadanie o mnie! Przez lata siedziałem w ciemności, a potem zapragnąłem związków. Chcę taszczyć z kimś jego ciężar, uwiązać się jak na sznurze”.

- O co chodzi w tych równoległych światach? – odezwał się po dłuższej chwili.
- Taka kwantowa teoria. Wokół nas dzieją się światy równoległe, przeszłość i przyszłość jest teraz. Wyobraź sobie, w innej przestrzeni wariantów jesteś tak samo prawdziwy!
- Ile lat ma ten Adam, czterdzieści? Strasznie jakoś na serio ta bajka.
- Życie to nic śmiesznego, nawet dla małych dzieci.
- Tak. Wiesz... – Marcin umilkł, nie chcąc mówić dalej.
- Chyba wiem – powiedział Profesor.

Obydwaj podnieśli się z krzeseł, stali naprzeciw siebie, patrząc poważnie w oczy. Marcin nie protestował, kiedy tamten go objął.

„Widzi mnie!” – pomyślał. „Chce dotknąć”.

Odsunął się i lekko do niego uśmiechnął. Profesor skinął głową i znowu usiadł na krześle.

- Dziękuję ci – powiedział Marcin. – To była fajna bajka. Pójdę już, chcę coś powiedzieć Kasi. Zdam ci relację, jak poszło.
- Naprawdę?
- Jasne! Wpadnę o ósmej. Albo ty do mnie zajrzyj.
- Marcin – powiedział Profesor. – Marta do mnie też przyszła.
- Co za kurewska baba. I co?
- Nic, sama zrozumiała.
- Że jest za stara?
- To i to drugie.

Marcin klepnął go w ramię, po czym przysiadł na krześle i sięgnął po butelkę piwa.

- Wiesz co? – powiedział po chwili. – Jak się tak zastanowić, przyłażę tu prawie codziennie od prawie dwóch miesięcy. Postawiłeś mi pięćdziesiąt browarów albo coś koło tego. Marta przynajmniej przyniosła swoje wino!

Wybuchnęli głośnym śmiechem. Marcin sięgnął po telefon i podał go przyjacielowi.

- Tomek, patrz, co napisała – powiedział. – Zobaczyła tu Martę. Poradź, jak się z tego ratować!

Pochylali się nad telefonem, układając wspólnie tekst wiadomości do Kasi. Marcin nie był już przygnębiony. Nie tylko miał z kim porozmawiać – ktoś go wreszcie poznał.

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.