DANKA MARKIEWICZ - blogerka, aspirująca pisarka i ilustratorka. Mieszka z rodziną w Bazilikacie na południu Włoch.

 

Królowa z Wiśniowego Sadu


Wszystko zaczęło się od tego, że po wyjściu z pracy ogarnął go głęboki smutek. Zamartwianie się nie było mocną stroną Antoniego Maślanki, czasami jednak i tego optymistę dopadały czarne myśli, a życie zaczynało ciążyć niczym wiązka chrustu, zarzuconego na plecy starej kobiety. Choć początkowo suche gałęzie wydają się lekkie, stopniowo zaczynają bezlitośnie wbijać się w plecy, uwierać oraz przeszkadzać. Jak można się domyślić, przyczyną takiego stanu rzeczy musiał być deficyt, czyli brak czegoś istotnego w życiu bohatera. Tak właśnie było. Nawet jeżeli, tak jak wówczas, zły nastrój spowodowało przedłużenie godzin urzędowania, to prędzej czy później myśli dziennikarza zaczynały krążyć wokół nieistniejącej w jego życiu kobiety.
„Jak to powiedział ten przeklęty wujek?” – dumał dziennikarz. – „Nie pijesz, nie palisz, to po co ci dziewczyna? Nie robisz rzeczy na «p»! A matka odpowiedziała, że nie potrzeba im jeszcze jednej kobiety w domu... A może jednak potrzeba?”.
Przygnębienie pozbawiło go apetytu na grzybowe gołąbki. Zamiast więc skierować się w stronę parkingu, dreptał bez celu uliczkami popławskiej górki, wzdychając ciężko i uginając się pod niewidzialnym brzemieniem odpowiedzialności za swoją męskość. W pewnej chwili uwagę redaktora przyciągnął nieprzyjemnie wysoki, kobiecy głos.
- Ty głupi skurwysynu!
Maślanka spojrzał zaskoczony, mrużąc oczy krótkowidza. Ciemnowłosa osoba o krągłych ramionach i łydkach tuszowała niepotrzebne kilogramy za pomocą obszernego płaszcza i dziwacznej sukienki, która z bliska okazała się sięgającym poza kostki ubraniem rodem z poprzedniej epoki. Na domiar złego paniusia kłóciła się z czarnym kundelkiem, bardzo widać zainteresowanym jej psiną.
- No widzi pan, co za rozpustna suka? – nieoczekiwanie zagadnęła Maślankę.
Dziennikarz uśmiechnął się dyplomatycznie. Choć rozsądek podpowiadał, że powinien się oddalić, nie cofnął się, gdy pani o ciemnych, rozpuszczonych włosach podeszła, ciągnąc za sobą tren sukni.
- A ten też dobry! Przecież mu tłumaczę jak komu dobremu! – stwierdziła, po czym zupełnie nieoczekiwanie kopnęła natręta obutą w skórzany bucik stopą. Pies zaskowyczał i oddalił się czym prędzej.
- Może pan sobie usiądzie? – zapytała, wracając do swojej ławeczki.
Maślanka przez chwilę się wahał. Z jednej strony niezbyt uśmiechała mu się pogawędka z panią w aksamitach, z drugiej zaś nawiedziła go myśl, że kto wie? Może uda się z tego spotkania wykroić jakiś artykuł?
- Dziękuję – rzekł wobec tego dziennikarz.
Słów tych, jak się później okazało, miał gorzko pożałować. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Starał się w miarę możliwości kontrolować sytuację, przygodna towarzyszka patrzyła spod oka.
- Jak się pan nazywa? – zapytała.
- Co? Saturnin Maślanka – wypsnęło się dziennikarzowi. Niezadowolony z ujawnienia znienawidzonego imienia, zerknął podejrzliwie na sąsiadkę.
- Ciekawe imię! – mruknęła tylko. – Mnie kiedyś nazywano Królową z Wiśniowego Sadu.
- Tak? – zainteresował się zawodowo Antek.
- Tak. To było dawno, ze trzydzieści lat temu. Pracowałam wtedy jeszcze w cementowni. A ty co robisz, Stasiek? – wyciągnęła papierosy i chciała go poczęstować.
Niepalący Antoni skrzywił się na taką dziwną poufałość i oburknął niezgodnie z prawdą, że nic nie robi.
- Ach tak? – Królowa zaciągnęła się dymem. – Ciężkie czasy, co? Nie brak bezrobocia!
- To prawda… prawda… – mamrotał coś niejasno w odpowiedzi.
- Miałam kiedyś dwóch chłopaków – rzekła niespodziewanie. – Jeden był żonaty. Nazywałam go Zbynio! Już wyjaśniam dlaczego. Kiedyś poszłam z nim na grzyby. Było nas kilkoro osób z cementowni. Wyjechaliśmy wczesnym rankiem do lasu i przez cały dzień nazbieraliśmy całe kosze!
Królowa wyrzuciła niedopałek i uśmiechnęła się lekko.
- W pewnym momencie zauważyliśmy, że za cholerę nie wiemy, jak wrócić. No, zgubiliśmy się. I jedna taka babina, niech spoczywa w pokoju, z jakiegoś powodu uczepiła się mojego chłopaka. Mówiła: „Panie Zbyniu, niech pan nas wyprowadzi!”.
Przerwała opowieść i waląc się dłonią po pulchnym kolanie wybuchnęła śmiechem, który trwał i trwał. Maślanka uśmiechał się grzecznie. Skopany kundel znów pojawił się na horyzoncie.
- Mój facet w końcu się wkurwił! Zaczął krzyczeć: „Zamknij gębę, albo ci łeb ukręcę!”. A stara nic, tylko panie Zbyniu i panie Zbyniu!
Uśmiechnęła się do wspomnień.
- A ty pewnie nie masz baby, co? – zapytała następnie.
- Nie mam.
Roześmiali się.
- Miałam wielu facetów. Z tym Zbyniem, na przykład, kochaliśmy się koło torów… Tak między nami, to ich było dwóch, a ja jedna! – puściła oko do redaktora. – Trzydzieści lat temu leżeliśmy, pamiętam, w krzakach, i robiliśmy takie rzeczy, że ho-ho! Najlepsze było to, że krzaki rosły niedaleko zabitej deskami wiochy. Wieśniaki raz-dwa zwęszyły, że Zbynio i Karwowski obrabiają Królową z Wiśniowego Sadu. Żeby jeden nas podglądał! Żeby dwóch! Ale przysięgam ci, dziecko, jak tu siedzę – przyszło może z pięćdziesiąt osób. Cała wieś.
- Ten Zbynio chyba się zdenerwował! – zauważył Maślanka.
- A jak? Złapał jakąś sztachetę i za nimi! Żebyś ich wtedy widział, jak uciekali! Ale co z tego? Po dwudziestu minutach wszyscy byli z powrotem.
Dziennikarz spojrzał spod oka na wciąż dość młodo wyglądającą twarz Królowej. W ciemnych oczach płonęły nieprzyzwoite iskierki.
- A ty, Stasiu, nigdy nie byłeś żonaty? – zainteresowała się kobieta.
- Może i nie byłem – mruknął Antek.
- To i lepiej! – stwierdziła. – Przynajmniej nie zmarnujesz życia żadnej dziewczynie!
Dziennikarz spojrzał ze zdziwieniem.
- Mój pierwszy mąż też był impotentem! – zwierzała się szczegółowo. – Przed ślubem wszyscy mi go zazdrościli. Na rękach mnie nosił.
Okrągła twarz Maślanki pokryła się gorącym rumieńcem, dobrze widocznym na tle rudawego zarostu, który pokrywał policzki. Doznane przed chwilą upokorzenie sprawiło mu nieoczekiwaną przykrość.
- Byłam jeszcze młoda, miałam tylko osiemnaście lat! – opowiadała. – Co mogłam wiedzieć? No, ale po ślubie od razu się wydało. Na sprawie rozwodowej wszystko opowiedziałam. Chciał się do rzeki rzucać.
Dziennikarz podniósł się z ławeczki. Rumieńce wpłynęły również na krągłą szyję, a jasnoniebieskie oczy wyraźnie pociemniały.
- Zamknij się, kurwo, albo ci łeb ukręcę! – wybuchnął, nieoczekiwanie dla samego siebie.
Niegrzeczna wypowiedź nie uczyniła większego wrażenia, widać była przyzwyczajona do rozmów w podobnym stylu, bo nie tylko nie przestraszyła się groźby Maślanki, ale wręcz parsknęła śmiechem.
- Patrzcie, jak się eunuch rozjuszył! – śmiała się znowu, wytrącając dziennikarzowi broń z ręki.
- Pocałuj mnie w dupę, stara krowo! – mruknął jednak opryskliwie.
- No, no, no! Też nie jesteś taki młody! – pouczyła Królowa, wycofując się jednak z parkowej ławeczki. – Muszę iść, małżonek czeka! – rzekła pojednawczo, wskazując pożółkłym od tytoniu palcem. Na końcu alejki stał porządnie ubrany mężczyzna, na oko dwadzieścia lat od niej młodszy. Był niewysoki, miał zaokrągloną twarz i łysinkę.
- To ten Zbynio? – zapytał dziennikarz.
- Nie! To zięć Zbynia – parsknęła śmiechem, schylając się po kamień. Namolny kundel błyskawicznie zniknął w krzakach.
- Zięć Zbynia jest twoim mężem? – upewnił się Maślanka.
- Mężem, nie mężem, jeden diabeł. Ważne, że mu staje! – odparła ordynarnie kobieta.
- A... – najeżył się na powrót Maślanka. – Odpierdol się!
Wzruszyła ramionami na tę odpowiedź. Młody zięć Zbynia podszedł do Królowej i pozwolił się wziąć pod rękę, ta wyszeptała mu coś do ucha. Zgodna parka przyglądała się Antoniemu, gruba suczka mocno napinała smycz, wyrywając się do kawalera, który trzymał się na bezpieczną odległość od kamieni i bucików czarno ubranej osoby. Maślanka usiadł na powrót na ławeczce i obserwował nienawistną parę. Fakt, że rozwiązła kobieta nazwała go impotentem był „potwierdzeniem męskich kwalifikacji” być może równie ważnym, co papier poświadczony pieczątką.
- Ty, eunuch, chcesz poznać mojego chłopaka? – przeklęta Królowa nie miała widać dosyć rozmowy, bo podeszła do redaktora, ciągnąc za sobą mężczyznę.
Dziennikarz wstał z miejsca, czując, że zaczyna tracić nad sobą panowanie. Policzki go paliły, a ręce same zaciskały się w pięści.
- To jest pan Stasiek, jeszcze nie ruszany! – rzekła koszmarna kobieta i powiedziałaby pewnie coś jeszcze, lecz niezwykle silny cios porośniętej rudawym włosem dziennikarskiej pięści pozbawił ją na chwilę możliwości mówienia.
Upadła jak długa na brukowaną alejkę, z nosa natychmiast pociekła krew, a sztuczna szczęka wypadła z ust i zakołowała na chodniku. Obydwaj panowie przyglądali się przez chwilę, zaskoczeni takim widokiem. Narzeczony Królowej opanował się pierwszy, podskoczył i podał zanieczyszczoną piaskiem sztuczną szczękę.
- Ty szkułwyszynu! – zawyła.
Zapadnięta, pokryta krwią twarz zrobiła na dziennikarzu przejmujące wrażenie. Ponieważ nie wiedział, jak ma się zachować, stał bez ruchu, patrząc wielkimi oczami na rozjuszoną kobietę.
- Ty fujało! Ty eunuchu! Ty ssskułwyszynu! – bełkotała pozbawiona szczęki kobieta. Zięć Zbynia stał z boczku, trzymając w garści smycz. – Czo tak sztoisz? Czszymasz tego szkułwyszyna czy nie?
Kawaler Królowej poczerwieniał na twarzy, szczęśliwie jednak dla niego wrzaski zdążyły przyciągnąć sporą grupkę ludzi, którzy patrzyli na dziennikarza z oburzeniem. Jeden z gapiów wyjął telefon i zaczął rozmawiać z policją. Sekretarz Maślanka był tak wstrząśnięty całym wydarzeniem, że stracił przytomność umysłu i nie odzyskał jej nawet na komisariacie. Widok znajomych twarzy (jako dziennikarz miał stały kontakt z komendą) ogłupił go do tego stopnia, że nie był w stanie powiedzieć niczego sensownego na swoje usprawiedliwienie. Zdziwieni i rozbawieni historią policjanci przyjęli więc za prawdziwą wersję przedstawioną przez poszkodowaną, panią Monikę Wójcicką.

*

Tego wieczora długo spacerował po Popławiu. Chodził samotnie podczas wiosennej ulewy nie czując zimna, choć odzież miał zupełnie mokrą. Dziennikarz nie dbał, co ludzie pomyślą widząc, jak mruczy coś sam do siebie.
- A więc tak się to skończyło? – szeptał, zaciskając w bezsilnym gniewie porośnięte rudym włosem dłonie. – W gazecie jeszcze nic nie wiedzą. Ale już niedługo…
Na myśl o tym, co się stanie, gdy wszechpotężna szefowa macierzystej gazety dowie się o przestępstwie, twarz dziennikarza zaczęła dygotać od nerwowych tików.
- Jestem nieodwołalnie skończony – użalał się nad sobą. – Nie znajdę innej roboty! W Popławiu nie ma drugiej gazety!
Gdyby jakiś postronny obserwator mógł słyszeć lamenty Antoniego, pomyślałby zapewne, że posada w lokalnej gazecie jest dla niego szczytem możliwości. Nic bardziej mylnego! Redaktor Maślanka miał wszystko, co potrzebne w tym trudnym zawodzie: inteligencję, upór i tzw. nosa. Sam dobrze o tym wiedział, lubił jednak prawić, że nie ma specjalnych ambicji, kocha miasto Popławie i starych rodziców. W gruncie rzeczy odpowiadało to prawdzie, a jednak… Nieoczekiwanie dla niego, nieco światła na całą sprawę rzuciła wstydliwa historia. Konsekwencje spotkania z Wójcicką stały się początkiem znaczącego przełomu. Choć pozornie wszystko toczyło się dobrze utartym torem, doznany wstrząs spowodował pęknięcie, którego jak się zdawało nic nie mogło wypełnić.
- Taka rysa w betonie, który mnie zawsze oddzielał! – mamrotał Maślanka. – Od czego, no właśnie, od czego?
Nie wiedział, ale to, co poczuł było inspirujące. I wypełniło duszę taką tęsknotą, która zmusza do działania. Coś w nim pękło nieodwracalnie, poczuł, że na miejsce dawnego Antka zjawia się ktoś nowy, rozzłoszczony, nareszcie ktoś przedsiębiorczy. Niezwykłe uczucie, które nim wstrząsnęło było jak chwila olśnienia, która, chociaż ulotna, pozostawia ślad.
- Co z tego, że mnie zwolnią? Założę własną gazetę! – wyszeptał.
Osoby postronne, odwiedzające redakcję „Dziennika” były zaskoczone, widząc wysokiego mężczyznę o długich włosach, otaczających uczciwą twarz, ledwie widoczną spoza rudawego zarostu. Jeżeli dodać do tego fakt, że zarośnięty dziennikarz był ponad miarę wysoki, przygarbiony i należał do osób, które nie tracą czasu na prasowanie odzieży, nie należy się dziwić, że Maślanka miał, jak to się mówi, opinię filozofa. Wygląd zewnętrzny często bywa mylący – Antek był osobą rozsądną i trzeźwo stąpającą po ziemi. Nie bez powodu piastował zaszczytne stanowisko sekretarza redakcji! Przymusowe pożegnanie z macierzystą gazetą stało się początkiem nowego etapu w spokojnym życiu mężczyzny. Pracując w lokalnym dzienniku orientował się, że w regionie jest miejsce dla kolejnej gazety. Na jej założenie potrzebny był kapitał, który Maślanka posiadał. Mieszkający z rodzicami kawaler nie wydaje zbyt wiele na utrzymanie. Mając w posiadaniu pieniądze bez trudu zgromadził skromną ekipę, składającą się z trójki dziennikarzy oraz niewiasty zajmującej się pozyskiwaniem reklam i ogłoszeń (osoby te, podobnie jak on, pracowały niegdyś w potężnym „Dzienniku”).
Stało się tak, że w Popławiu pojawił się – ku wielkiej złości dawnej redakcji – nowy tygodnik, który odebrał dawnemu liderowi znaczną część czytelników i reklamodawców. Na nic zdały się zapewnienia redaktor naczelnej „Dziennika”, że „Echo Popławia” przetrwa „po jej trupie”. Na nic intrygi, nagonka w poczytnej gazecie (historia utarczki redaktora Maślanki z Moniką Wójcicką, zakończona ostatecznie hojnie opłaconą przez dziennikarza ugodą, przez całe tygodnie nie schodziła z łamów „Dziennika”). Tymczasem „Echo Popławia” na dobre zadomowiło się w prowincjonalnym miasteczku.
 

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.