MAGDA HARMON - kolekcjonuje to, co ułomne i nikomu niepotrzebne. Jej specjalnością jest zgłębianie teorii wyssanych z palca i podróżowanie po krętych odnogach świadomości. Urodzona i duchowo ukształtowana na Dolnym Śląsku. Skończyła niemcoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim oraz psychologię na University of East London. Pracuje z bezdomnymi, cierpi na nerwicę i coś tam pisze.

 
 

W  Tunelu


Urządzam Tunel

W Tunelu Numer 6 nie ma okien, więc znoszę tu lampki bożonarodzeniowe i zawieszam je na ścianie, żeby lepiej widzieć. Zapalam też świeczkę i umieszczam ją w wiszącym na drucikach lampionie z czerwonego szkła. Będę uważać, żeby nigdy nie zgasła. W kącie ustawiam fotel obity purpurowym pluszem i lampę na czaplej nodze, której abażur  sama wyplotłam z liści konopi indyjskich i z morskiej trawy. Można na nim będzie przyczepiać karteczki z życzeniami na różne pory roku i na każdy dzień z osobna.
Zaparzam dzbanek czerwonej herbaty. Na stoliczku leży książka pod tytułem 120 lub 121 dni w Tunelu – poradnik dla mężczyzn i kobiet w szarych płaszczach. Zabieram się za lekturę, ale przypominam sobie jeszcze o patefonie i jego pokrytej patyną tubie. Otóż Tunel Numer 6 dysponuje swoimi własnymi efektami akustycznymi. Mieszają się tu wszystkie albumy Bonobo grane w najróżniejszych miejscach, nawet tych najbardziej odległych. Dzieje się to za sprawą wiatru, który dostaje się tutaj jakimiś ukrytymi szczelinami, czy tajemnymi kanałami. Czasem nawet słychać śpiew słowika wyświergolony gdzieś z blachy falistej w zeszłą sobotę i zwielokrotniony przez niedzielę, poniedziałek, wtorek i pół środy. Trochę trudno to wytrzymać, bo dźwięk jest bardzo wysoki i niektórzy muszą wkładać do uszu piankowe stopery. I właśnie w takich sytuacjach można będzie, siedząc w fotelu i czytając Poradnik, trzymać jednocześnie głowę w tubie patefonu - doskonała ochrona nie tylko przed dźwiękiem, ale i przed wiatrami, które próbują przewracać nam kartki Poradnika, gdy przysypiamy, albo się chwilowo rozkojarzymy. Wtedy człowiek sam nie wie, czy czytał już kiedyś rozdział pod tytułem Jak przeżyć zimę stulecia w Tunelu, czy też to mu się tylko śniło, albo i nawet przydarzyło naprawdę. Gorzej jednak, gdy się ten rozdział zupełnie przeoczy. W tym wypadku wiatr nie jest naszym sprzymierzeńcem.
Ale najlepsze jest to, że po jakimś czasie siedzenia w fotelu i trzymania głowy w tubie patefonu, zaczyna się dostrzegać i rozumieć życie w innych tunelach. Jest to bardzo trudne na początku, bo jest w nich zazwyczaj bardzo ciemno i z reguły po prostu nic nie widać. Stopniowo jednak wzrok przyzwyczaja się do ciemności i okazuje się, że w każdym z takich tuneli ktoś sobie siedzi. Nikt z nich nie ma wprawdzie fotela i lampy, ani innych tych wszystkich udogodnień, ale ma przecież swoje zajęcia – głównie jest to szydełkowanie i składanie papierowych samolocików, bo tego można się nauczyć po tak zwanym „ciemku” względnie „omacku”. Niektórzy nawet wygrywają w tym międzytunelowe konkursy – jak ten gość z Tunelu Numer 5 – zrobił sobie na szydełku cała rodzinę, a na jesień dorobił jeszcze kota, no i wygrał za to specjalny zestaw szydełek z kości diabła tasmańskiego i lusterko. Szydełkuje nimi teraz Czarodziejskie Miasto – ale to tylko w trakcie księżycowych, jasnych nocy, bo wtedy wiatr przynosi zarysy koronkowych mostów i strzelistych kopuł, które odbijają się w lusterku. No i on szydełkuje to, co tam widzi i nazywa to swoją wizją. Nie wie (bo skąd?), że to miasto sobie spokojnie istnieje i odwiedzają je każdego dnia tysiące ludzi. W ogóle nie wie, że jest cała masa najróżniejszych miast na planecie zwanej Ziemią, a niektóre z nich są nawet atrapami tego miasta, którego odbicie on widzi w swojej camera obscura! Podobno Kochanek Ewy (takie ma pseudo) osiągnął już ten moment, w którym chciałby się dowiedzieć, skąd się bierze wiatr i księżyc. I jeszcze to i owo. Podobno, używając szydełka, napisał Braillem list na papierowym samolociku i zaadresował go „W Powołane ręce”. Podobno wszystko to przez lusterko. No nic, podrzucę mu kiedyś Poradnik przez tubę od patefonu, ale dopiero wtedy, gdy sama skończę go czytać. Może jakoś go przepcham kijem od szczotki. Póki co niech się Kochanek Ewy wyszydełkuje i skończy tę swoją koronkową Wenecję. Jest w tym naprawdę dobry.
Zdecydowanie najciekawszy jest Tunel Numer 9. Jego właściciel, Immo, schodzi do niego tylko po to, żeby go regularnie przewietrzyć, nie czyta już żadnych poradników i wygląda na zajętego zupełnie innymi sprawami. W dodatku musi chyba mieć okna wychodzące na południe – tyle tam zawsze światła. Nie znamy się zupełnie i znamy doskonale.
No ale co się robi na czerwonym fotelu, gdy się skończy czytać Poradnik i pić herbatę? Otóż siedzi się spokojnie na tyłku i czeka na nowy Poradnik. Albo zasypia.

Czy to byłeś ja?

Plama czerni depcząca mi po piętach, gdy wbiegam po dwa, trzy schody na drugie piętro poniemieckiej kamienicy. Czy zdążę?
Dlaczego wylazłeś nagle zza skrzynki na listy i jak długo tam na mnie czekałeś? Dobrze wiedziałeś, że boję się Ciebie tylko w ciemnych korytarzach i ponurych zakamarkach nie-Świadomości, gdzie ostatnio niezmiernie rzadko bywam. Ty jednak jesteś czujny i nigdy nie tracisz nadziei, że w końcu kiedyś przyjdę, przyjadę, przylecę. Wtedy oderwiesz się od ściany i będziesz wskakiwać, jak ja, po dwa, trzy stopnie, żeby zdążyć liznąć mnie w ucho swoim lepkim językiem, zanim zatrzasnę Ci drzwi przed nosem i rozpłynę się po drugiej stronie. Im bardziej ja się rozrzedzam, tym bardziej Ty się zgęszczasz. Im rzadsze nasze spotkania, tym gęściejsze, bo robisz się cwańszy.
A potem swędzi mnie ucho i przypomina o Tobie, nawet gdy stoję w jasnej plamie światła. Tak właśnie mi powiedziałeś na ucho: że zawsze mogę liczyć na Twoją bezsenność. Nawet w najgłuchszą listopadową noc będziesz czekał na mnie przy skrzynce na listy, gdy przez nieuwagę znów skręcę w Ślepy Zaułek i otworzę te stare, skrzypiące drzwi wyszczerbionym wytrychem ignorancji. Znielubiłam cię za to. Na początku.

Budzę się w czerwonych objęciach fotela lekka jak pusty, bambusowy kijek. Ależ ulga: to tylko zły sen. Z jakiegoś jednak powodu lekko swędzi mnie ucho.
 

Jestem jak bambusowy kijek
 
I tak sobie siedzę w moim Tunelu Numer 6 zagrzebana w przyjaznych ramionach czerwonego fotela i w miękkiej ciszy patefonu. Czas zniknął. Nie wiem, ile stron Poradnika udało mi się przeczytać. Wiem za to, że czasami powieki robią mi się rozkosznie ciężkie, a fotel zapada się powoli w mokry piasek. Staję się nagle pustym bambusowym kijkiem, który ktoś trzyma w dłoniach i patrzy przeze mnie daleko w morze. Czasami wpada we mnie wiatr i wilgotny zapach soli. Poza tym zupełnie nic się nie dzieje. Jestem wycelowana nieruchomo w horyzont tak długo, aż rozżarzona tarcza zachodzącego słońca zatka wylot kijka. Wtedy ktoś chowa mnie powoli do kieszeni i wypowiada trzy krótkie, przerywane podmuchami wiatru słowa. Ten sen pojawia się za każdym razem jako zwiastun, że nieuchronnie zbliża się pora wyjścia na powierzchnię.
Immo schodzi tu parokrotnie, gdy zasypiam, żeby poprawić mi koc i podnieść Poradnik, który wysunął mi się z ręki. Czasem budzę się tylko na chwilę, a on stoi za oparciem fotela, jak zwykle nic nie mówiąc. Uśmiecham się, ale zanim zdążę się do niego odwrócić, głowa znów robi mi się przyjemnie ciężka, a Poradnik miękko ląduje na dywanie. Wtedy Immo mruży oczy, rozpiera się wygodnie w fotelu i, zupełnie jakby udzielał odpowiedzi na jakieś bardzo trudne pytanie, mówi z absolutnym i stuprocentowym przekonaniem: I don’t know. Wiatr robi wszystko, żeby go zagłuszyć i desperacko próbuje mu się wcisnąć do gardła, jednak już jest za późno: Immo robi wydech, który trwa całą wieczność. W końcu chowa mnie skrzętnie do kieszeni kurtki i podnosi Poradnik, otrzepując go z piasku.
Przepalona żarówka w lampie na czaplej nodze skłania mnie do wyjścia na powierzchnię. Całe szczęście świeczka wciąż się tli. Stwierdzam ze zdumieniem, że w międzyczasie na zewnątrz zrobiło się lato. Na podwórku rozwrzeszczane dzieciaki zrzuciły już ciepłe kurteczki i przebrały się w kolorowe krótkie spodenki oraz koszulki ze Spidermanem. Oddycham pełną piersią. Wciągam przyniesiony przez wiatr zapach świeżo przystrzyżonych żywopłotów i rozgrzanych masek samochodów. I wtedy, zupełnie nagle, nachodzi mnie ochota na kawę i lody waniliowe. Zanurzam się w Miasto.

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.