MAGDA HARMON - kolekcjonuje to, co ułomne i nikomu niepotrzebne. Jej specjalnością jest zgłębianie teorii wyssanych z palca i podróżowanie po krętych odnogach świadomości. Urodzona i duchowo ukształtowana na Dolnym Śląsku. Skończyła niemcoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim oraz psychologię na University of East London. Pracuje z bezdomnymi, cierpi na nerwicę i coś tam pisze.

 
 

Matryca


To niewyobrażalne, jak wiele zapachów, dźwięków i faktur przypisanych do tej przestrzeni noszę ze sobą po świecie. Maleńkie subtelności i oszałamiające zjawiska, które zniknęły z powierzchni ziemi na zawsze. Bo tego miejsca już nie ma. Rozpadło się na kawałki. A ja śnię, że wciąż tam mieszkam. Wędruję po ciemnych korytarzach, łażę po pokojach w amfiladzie, przysiadam w fotelach i wyglądam przez okna. Wspinam się po schodach na strych, by za chwilę znów zejść nimi w dół, do piwnicy. W końcu, zmęczona wędrówką, zasypiam nad książką. Dziurkowany klosz nocnej lampki rzuca żółte, koronkowe refleksy na ściany i sufit.

Piwnica. Złazi się tutaj schodami tak stromymi, że patrząc z góry, nie widać ich końca. Podłoga z nierównych cegieł pokryta jest gładziutkim kurzem o brunatnym zabarwieniu, czasem z subtelną warstewką wilgoci. W jednym z kątów majaczy poobijana szafa, która stała kiedyś w sieni, a teraz leży na plecach i udaje skrzynię. Trzymamy w niej ziemniaki na zimę. Za każdym razem, kiedy mama wysyła mnie po nie do piwnicy, otwieram wieko ostrożnie, bojąc się, ze znów zobaczę tłustego, czarnego pająka. Ze środka bucha mi w twarz ciepły zapach wilgoci, podziemnych korytarzy i butwiejących liści, który lekko łagodzi lęk przed czarną, włochatą bestią. W innym miejscu, pod ścianą, na końcu wąskiego korytarzyka, leży góra węgla. Biorę jego smoliste kawałki do ręki i patrzę, jak się mienią i połyskują w sinym świetle żarówki. Potem rysuję nimi po brudnych ścianach powykręcane gryzmoły i przyczajone sylwetki.

Sień. Wchodzi się do niej po kamiennych schodach przez ganek i ciężkie, dębowe drzwi, które otwiera się wykrzywionym i przypominającym wytrych kluczem. Sień jest jedynym znanym mi miejscem na świecie, gdzie przy zgaszonym świetle panuje idealna ciemność. Pewnego razu potykam się na drewnianej podłodze, biegnąc za szybko ze strachu i w kolano wbija mi się olbrzymia drzazga. Nie daję jej sobie wyjąć, ale w końcu sama wychodzi podczas kąpieli, pozostawiając bliznę, którą mam do tej pory.

Schody. Nie wiem, ile ich jest dokładnie, bo zawsze się gubię przy liczeniu. Na pierwszym półpiętrze jest wielkie weneckie okno i szafa na buty z metalowymi okuciami. Można tu siedzieć na parapecie i patrzeć na mokre od deszczu liście kasztanowców. W lecie okno jest prawie zawsze otwarte i trzeba uważać, żeby nie powyskakiwały przez nie koty. Wychodzą tędy na mały daszek i polują na ptaki. Albo wspinają się po rynnach i już ich nie ma. Na najwyższym półpiętrze są dwa identyczne okienka i nigdy nie mogę się zdecydować, przy którym sobie przysiąść. Gdybym miała brata, on siedziałby sobie na jednym, a ja na drugim, bo Siostra jest daleko i od dawna za duża na takie zabawy. I jeszcze jedno: na schodach podobno straszy. Ktoś łazi po nich w nocy w górę i w dół, w górę i w dół. Ja nigdy tego nie słyszałam, ale Mama i Babcia mówią, że znów coś tam się działo w niedzielę nad ranem.

Magazynek. To miejsce, gdzie Ojciec zgromadził wszystkie rzeczy nie pasujące do żadnego innego pomieszczenia w domu. Jest tu ogromny stół stolarski z przedwojennym imadłem, młotki i śrubokręty w różnych rozmiarach, półka z farbami i słoiki ze śrubami, pędzle, szczotki i powykrzywiana piła. Powierzchnia stołu pokryta jest trocinami, dziurami po gwoździach i kawałkami zużytego papieru ściernego, które odgarniam na bok, gdy przychodzę tu ze swoimi projektami. Na ścianie wisi szafka z kluczami o przedziwnych kształtach. Sprawdziłam: żadnym z nich nie da się niczego otworzyć. Zresztą większość już dawno zardzewiała, no ale kluczy się przecież nie wyrzuca. Jest tutaj śliczne okienko wychodzące za zachód. Marzę o tym, żeby rodzice przerobili magazynek na mój pokój, który wydaje mi się beznadziejnie nudny, choć mam w nim pianino marki Ростов-Дон i kufer z okuciami, w którym można się schować. Gdyby magazynek był moim pokojem, wcale bym z niego nie wychodziła.

Garderoba. Jest to dość ponure pomieszczenie od podłogi do sufitu zastawione szafami. Żeby sięgnąć wyższych półek, trzeba wejść na specjalną drabinę. Moja szafa to ta ostatnia, przy oknie. Na jednej z półek są nawet ubrania z okresu, gdy byłam bardzo małym dzieckiem. Wydzielają ten szczególny rodzaj zapachu, który po latach znajduję na ciele mojego R. Na szafach pod sufitem leżą walizki i nesesery. W jednej z nich spoczywa kolekcja starych płyt analogowych mojego Ojca, do których czasem coś mnie ciągnie. Wyciągam je wtedy z okładek i wodzę opuszkami palców po delikatnych, czarnych żłobieniach. W garderobie króluje toaletka z lustrem, na której stoją główki z babcinymi perukami i kapeluszami. Uwielbiam je przymierzać i malować usta czerwona, tłustą szminką marki Celia. Zakładam też niemodne, zakurzone buty na koturnach, które Mama wciąż trzyma w swojej szafie z sentymentu. Wyglądam jak jakaś zjawa odbijająca się w poszarzałej, i nierównej tafli lustra.

Łazienka. Czarne kafle na podłodze, za to na ścianach lapis lazuli. Wanna tak gigantyczna, że mieścimy się tu we trójkę – kuzyn, kuzynka i ja. W lecie godzinami moczymy się w chłodnej wodzie, a kuzyn zatyka sobie nos klamerką do bielizny i nurkuje. W korytarzu prowadzącym do toalety jest ciąg szaf wbudowanych w ścianę, a w nich półki z rozmaitymi fiolkami, słoikami, proszkami do prania i ultramaryną. Jest tu stara waga apteczna z maleńkimi odważnikami i menzurkami zamkniętymi w drewnianym futerale - to albo ślad po licznych zainteresowaniach Dziadka, albo może została jeszcze po Niemcach. Z szafy śmierdzi chemikaliami i krochmalem. Otwieram ją tylko wtedy, gdy szukam gumki-recepturki albo proszku do prania, chociaż pewnego dnia w tajemnicy chowam tu gołębie jajko, które znalazłam na strychu. Pakuję je w pudełko wypełnione watą z nadzieją, że coś się z niego wykluje. Doglądam go pieczołowicie, ale nic się nie dzieje. W końcu jajko znajduje Ojciec i mówi, że nic z tego nie będzie.

Kuchnia. To tutaj przesiaduję godzinami z Babcią, słuchając jej opowieści o przedwojennej Warszawie, o Skamandrytach, o zimie stulecia i podróżach do ciepłych krajów. To przy kuchennym stole Babcia pokazuje mi, jak napisać moje imię, które potem trenuję godzinami, pokrywając nim całe połacie papieru. Jest tutaj stary, zmaltretowany fotel, z którego Babcia snuje swoje historie i łuska fasolę. Na jego pokaleczonych nogach całe pokolenia kotów ostrzyły sobie pazury. Zimą chucham w szybę i patrzę na zawalone czapą śniegu cisy i buszujące w nich sikorki-żółtobrzuszki. Za to w lecie wyławiam ogórki małosolne ze stojącego przy oknie glinianego garnca i patrzę na cienie tańczących w słońcu gałęzi sosny.

Stołowy. Z kuchni przechodzi się do Stołowego. Po środku stoi stół nakryty obrusem z ciężkiej materii, a wokół niego krzesła. Pod ścianą zaś rozpiera się przepastny kredens z pomocnikiem oraz monstrualnych rozmiarów serwantka. Ta ostatnia to istne królestwo dźwięków. Na najwyższej półce stoją cztery kryształowe kielichy, na których można wygrywać arie i kuranty, uderzając w nie delikatnie srebrną łyżeczką. Co roku, przed świętami, krucha zawartość serwantki jest pieczołowicie odkurzana przez Babcię, która nikogo innego do tej czynności nie dopuszcza. Po ceremonii pucowania, chuchania i polerowania każdy kieliszek i szklaneczka powraca dokładnie w to samo miejsce. Na środkowej półce spoczywa biała, porcelanowa misa w niebieskie kwiaty. Biedaczka, jest niestety wyszczerbiona, ale, jak to mówi Babcia, co Miśnia to Miśnia. Wiosną przynosimy z Babcią z ogrodu naręcza forsycji i piwonii, które stawiamy w wazonach na stole i pomocniku.

Taras. Ze Stołowego wychodzi się na taras, który jest zwykle otwarty na oścież od początku wiosny do końca października. Roztacza się stąd widok na rozłożyste cisy, starą rajską jabłoń, głóg, klony i dom Szulców. Uwielbiam siedzieć na tarasie w gorące, letnie noce i patrzeć w niebo w oczekiwaniu na spadającą gwiazdę (choć, muszę przyznać, trochę się boję, że kuna zsunie się tutaj po rynnie, albo że wplącze mi się we włosy zabłąkany nietoperz). Siostra powiedziała mi, że jako mała dziewczynka, zapadła tutaj kiedyś w popołudniową drzemkę i przyśnił jej się sen, który powraca do niej co jakiś czas. W owym śnie moja Siostra patrzyła z tarasu na niezwykłej urody kobietę w zielonej sukni zbierającą kwiaty nad strumieniem. Potem Babcia powiedziała nam, że w ogrodzie w tym miejscu był kiedyś strumień, ale Dziadek jakoś go przekierował, gdy woda zaczęła wylewać i podtapiać dom.

Labirynty. Mapy Reszta pokoi to prawdziwy labirynt. Każdy z nich ma inny kolor ścian i inne przeznaczenie. Zielony pokój Babci kryje wielką Bibliotekę. Oprócz książek w skórzanych oprawach pisanych takim dziwnym, powykrzywianym pismem w niezrozumiałym języku, są tutaj książki, które wertuję godzinami - albumy ze zdjęciami dzieł sztuki z galerii i muzeów z całego świata. Babcia opowiada mi o nich historie, a ja marzę o dalekich podróżach. Dlatego też często otwieram ten gigantyczny atlas świata w grubej, zielonej oprawie. Ślęczę nad Afryką, wącham mapy, przewracam ciężkie karty. Potem siadam za biurkiem Babci i otwieram klasery ze znaczkami. Ostrożnie wyjmuję znaczek pęsetą, przyglądam mu się w świetle lampki, odkładam na swoje miejsce pod cieniutką, celofanową błonką i sięgam po następny. Już sama nie wiem, który z nich jest najpiękniejszy. Chyba seria trójkątnych znaczków z Filipin z bajecznie kolorowymi ptakami.

Bezimienny. Jest jeden pokój, którego przeznaczenie nie jest dla mnie jasne. Bardzo go nie lubię i czuję się nieswojo za każdym razem, kiedy tam jestem. Pokój nie ma ani nazwy, ani określonego koloru ścian. Znajduje się na poddaszu, zaraz przy schodach prowadzących na strych. Wiszą tu na ścianach dwie bardzo stare ryciny, które napawają mnie niewypowiedzianym lękiem i poczuciem winy. Obie zamknięte są w czarnych, błyszczących ramach – jak w trumnach. Jedna z rycin przedstawia Matkę Boską Boleściwą z podkrążonymi oczami, druga zaś Jezusa z rozłożonymi bezradnie rękoma i z wielkim, krwawiącym na czarno sercem. Wyobrażenia te przywodzą na myśl śmierć i mękę, a od patrzenia na nie mdli mnie i kręci mi sie w głowie. Rodzice chyba sami nie wiedzieli, co z tymi rycinami zrobić, wiec powiesili je w pokoju, do którego z rzadka ktokolwiek zagląda. Zimą trzymamy w pokoju bezimiennym jabłka porozkładane na gazetach, bo jest tam zawsze bardzo chłodno i ciemno. Jak w grobie.

Strych. Najpierw pięć stromych schodów z drewnianą balustradą, potem małe półpiętro i szafka z licznikami. W końcu pomalowane na brązowo drzwi, a za nimi jeszcze jedne, pokryte kurzem schody w górę. Strych – miejsce pełne rzeczy nieodkrytych, bądź wciąż i wciąż odkrywanych na nowo. Można tu pomyszkować po niezliczonej ilości pudeł i skrzyń, sprawdzić, czy wykluły się już gołębie, po raz kolejny policzyć puste słoiki trzymane w zasnutym pajęczyną poniemieckim kredensie. Pomalowany na biało kredens wygląda jak statek-widmo żeglujący po morzu starych mebli, połamanych ram od obrazów i niemodnych ubrań. Ma dziesiątki szufladek i schowków wciąż jeszcze przechowuacych ten specyficzny, cierpki zapach – jakby ogórków kiszonych i kolendry zmieszanej z piaskiem. Na sznurkach wisi sztywne od krochmalu pranie; staram się więc nie wzbić tumanów kurzu zalegającego grubą warstwą na podłodze i porozkraczanych wszędzie sprzętach. Poza tym czuję, że nie wolno zakłócać spokoju tego miejsca. Chodzę więc na palcach, bezszelestnie – jak kot, który ma tutaj swoją letnią kryjówkę na wypłowiałej poduszce. Siadam obok niego z książką i tak mijają nam całe godziny. Przez okienka w dachu widać skrawki błękitu, które stopniowo robią się coraz bardziej atramentowe, aż w końcu trzeba zejść na dół, bo wołają na kolację. Jest taki moment, gdy zawsze robi mi się smutno. Na półkach wzdłuż schodów leżą rzucone byle jak moje stare zabawki, a pośród nich czerwony, pluszowy miś, z którym niegdyś nie rozstawałam się ani na chwilę. Staram się na niego nie patrzeć, ominąć wzrokiem, ale potem, schodząc w dół po schodach, znów się na niego natykam. Dotykam czerwonej, futrzanej łapy, po czym szybko zamykam za sobą drzwi.

© sZAFa 2010
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.