|

 

MAŁGORZATA POŁUDNIAK redaktorka sZAFy, felietonistka eleWatora. Autorka tomików: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014).

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy


Fot. Grzegorz Majchrzak




EWA FRĄCZEK
- Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.
 

 

 
 
 

Repertuar liter

Małgorzata Południak: Żyjemy w czasie, w którym wszystko się zmienia. Dzisiaj jesteś w Warszawie, jutro w Lubinie. Jak ci się udaje zachować równowagę, jaka jest twoja rzeczywistość?

Ewa Frączek: Wcale mi się nie udaje jej zachowywać! Cały czas się chwieję i zataczam. Ale gdybym szła prosto, to przeoczyłabym mnóstwo rzeczy... Poza tym moje życie to Lublin i Warszawa jednocześnie. W Warszawie mam codzienność, pęd, drogę do pracy. W Lublinie przeszłość, która nigdy nie stanie się przeszłością dosłownie. To taka... przeszło-teraźniejszość, wieczne trwanie. Nawet gdy jestem w Warszawie, po troszku jestem też w Lublinie. Zasadniczo są to dwie inspiracje, splatające się ze sobą jak warkocz. Albo jing i jang, różne jak czerń i biel a współbytujące. Ale Lublin współbytuje bardziej.

MP: Pięknie jest być sobą. Pałac Kultury już nie robi wrażenia ani błyszczące sylwetki innych monstrualnych budynków. Co cię w Warszawie pociąga najbardziej, najmocniej, a co w Lublinie? Może są jakieś punkty styczne?

EF: Nie wiem, czy to, co jest między mną a Warszawą, można nazwać "pociągiem", zwłaszcza, że estetycznie częściej ona - niestety - razi niż podnieca. Jeśli już, to chyba fakt, że stolica to takie neverending story. Na pewno to, co jest zaskakujące, to kompletna odmienność dzielnic. Mam wrażenie, że pieluszkowe Kabaty z ich laskiem, przystrzyżonymi iglakami, ścieżkami rowerowymi i zbyt nawet uroczymi knajpkami, to inna rzeczywistość niż korporacyjne Centrum, inna niż snobistycznie wręcz industrialna Praga czy snobistyczny inaczej, zielony Żoliborz. Ale przede wszystkim jest to miasto, w którego każdym kącie roi się od poupychanych niespodzianek i zaskoczeń. Tu spełnia się amerykański sen. Przyjeżdżasz, jesteś nikim, legendarne pensje wprowadzają cię co najmniej w stan zdumienia, podczas gdy rażąco nielegendarne ceny - w stan przerażenia. Potem człowiek krzepnie, skóra twardnieje. Samemu zaczyna się deptać stopy pasażerów metra, a nie tylko rzucać znaczące i pełne rozżalenia spojrzenia. Dziwne, ale tak jest. Lublin z kolei to taki wielki, melancholijny ślimak. Pełznie, nie może się zdecydować, zatrzymuje się. Rozgląda. Myśli. Na jego skorupę wchodzą znajomi, on ich bezinteresownie podrzuci, gdzie trzeba, ale będzie to trwało całą wieczność...

MP: Masz czas na spotkania? Wyrażanie ważnych treści? Kulturalne pogubienie się jest ci bliskie?

EF: Teraz mam... Na początku był szok, że odległości, dojazdy... Ale chyba też zakładałam, że to wszystko kwestia czasu i się poukłada. Nigdy nie sprzedam się pracy, w której musiałabym zostawać po godzinach dla dobra firmy czy coś w tym stylu. Nie pozwolę sobie na tę stronę warszawskości - dziki zachrzan dla dobrej pensji, weekend jako czas na obezwładnienie się, upojenie, urywanie sobie filmu garściami. Wolę skromniej, pokątniej, z dala. Dzięki temu szukam czegoś, co pozwoli mi urwać się z miejsca X, bo kupiłam bilet do teatru. Coś, dzięki czemu o 15.00 jestem wolna, bo przecież wieczór autorski tego i owego. Ale mam też wrodzoną dyscyplinę. Wstaję rano, czytam w komunikacji, słucham w samochodzie. Każda godzina jest cenna, każdą kocham, każdą wykorzystam. Niekoniecznie na jakieś szalenie mądre rzeczy, żeby nie było. Ale na... hm... wchłanianie życia. Także w sensie zupełnie fizycznym. To na pewno. 

MP: Poznałam ciebie jako blogerkę, później jako poetkę, redaktorkę, korepetytorkę, mistrzynię jajecznicy... Kipisz życiem, namiętnością. Z czym się identyfikujesz, jakie są twoje ścieżki, co wertujesz w wolnych chwilach?

EF: Z tym "kipieniem życiem" to rozbawiłabyś wielu ludzi do łez i uderzania dłonią o uda w rytm głośnego rechotu. Słyszałam nawet stwierdzenie "Nigdy nie poznałem takiej nihilistki". Ale to nie jest prawda, to z twoim podsumowaniem się identyfikuję, właśnie to, co robię bardziej mnie określa niż sądy, które wypowiadam i które czasem mogą wydawać się takie właśnie... surowe względem ludzkiego życia, od którego dużo wymagam. Od życia, od ludzi, od filozofii, od literatury. Stąd niestety wieczne niezadowolenie ze stanu rzeczy, sceptycyzm i ironia, ale takie przeplecione - mimo wszystko - z wieczną fascynacją wobec tych cudownych rzeczy, które też istnieją i same nieraz pchają nam się w ramiona. Cytując klasyka, "ech ty życie łez mych winne, nie zamienię cię na inne". Kiedy jestem w fazie depresyjnej i powłóczę nogami, smarkając na prawo i lewo oraz głosząc, że nic nie ma sensu, nie czuję się sobą. Wolę fazę odlotu, kiedy miłość wyznaję pięć razy dziennie (i to zawsze szczerze) i kiedy nie ma nic piękniejszego niż sikorka jedząca pestki słonecznika, a "naprawdę cudowny dzień" to dzień słoneczny, bez korków na ulicy i taki, w którym mogę poczytać. A czytam... No, co mam powiedzieć? Bardzo dużo tak naprawdę, choć brzmi to jak auto-pochwałka. Ale co poradzę? Najbardziej lubię grube, wielkie książki z historią w tle, taki Twardoch, Chwin, Rushdie, Coetzee... One wymagają od autora czegoś więcej niż wyrzucania z siebie strumienia świadomości. Ale, choć fascynuje mnie uważność tych pisarzy, to nie znaczy, że się do takich rzeczy ograniczam. A poza tym tak: męczą mnie biografie, z fantastyki mogę przyjąć dwie pozycje rocznie maks, reportaż, tak, jak najbardziej, ale nigdy dwa pod rząd, musi w to wejść klinem beletrystyka. Jeszcze ciągnie mnie do pozycji popularno-naukowych, ale tu wiadomo, jak jest, umysł ograniczony, niestety... Niemniej podłubać w ewolucji i w historii religii lubię, lubię utwierdzać się w przekonaniu, że literatura nie niszczy mi pnia mózgu, że może i będę płakać z Karusią, ale utożsamiać się jednak z mędrca szkiełkiem i okiem.

MP: Pięknie. Też się śmieję. Właśnie skończyłam powłóczyć nogami. Bardzo podoba mi się to określenie. Jak się z tym wszystkim czujesz, bo widzisz, wciąż mam wrażenie, że jestem opóźniona o dekadę. Sięgam w siebie, jakbym była w zupełnie innej historii. I kiedy czytam twoje wiersze, blog, teksty publicystyczne, myślę, że ciebie coś uwiera. Mylę się?


EF: Wiedziałam, że nie jestem oryginalna! Z "uwieraniem" jest podobnie, doświadcza tego chyba każdy człowiek o minimalnej wrażliwości, tak sądzę. Czyli odpowiedź brzmi: tak, uwiera. Ale wysiłki sprecyzowania tego, czym to „coś” jest, choć stanowią moje główne zajęcie od 10 lat, nadal nic konkretnego do świata nie wniosły... To jak swędząca wątroba, śruba w płucu. Nie podrapiesz, nie wykręcisz. Chodzi o świat, o relacje ludzkie, o niedoskonałość. O przemijalność. O to, że śmierć nie jest dla mnie tematem tabu, czuję śmiertelność, w przeciwieństwie do Konrada Gustawa, i dzięki temu wiem, jak trzeciorzędny, małomiasteczkowy egzystencjalista, że absurd istnienia to nasze fatum. Nie chcę łudzić się mrzonkami typu religia, abstrakcyjnymi bytami typu przyszłe pokolenia. Stąd potrzeba czerpania z tego, co tu i teraz, ale potrzeba przykryta częściowo cieniem, zawsze. Zawsze.

MP: Interesuje nas świat, kosmos, teraźniejszość. Zajmujesz się tym, co się mieści na zewnątrz i wewnątrz. Co myślisz o dzisiejszej poezji?

EF: Jestem na nią otwarta. Jest mnóstwo ciekawych osób, konsekwentnych w swoich próbach, oryginalnych. Niby narzeka się, że piszących wiersze jest nawet za dużo, że więcej osób pisze poezje niż ją czyta. Ale tak było zawsze, wystarczy przeczytać byle biografię z dwudziestolecia, co nazwisko to przypis, co przypis to poeta, kompletnie dziś nieznany. No, w dwudziestoleciu jeszcze malarz, tych dziś mamy mniej, ale za to co druga osoba jest fotografem i zakładana fanpage`a, koniecznie z angielskim członem "photography". Więc na nadmiar jako specyfikę czasów bym jednak nie narzekała, choć pewnie miło by było, gdyby za ilością szła jakość, rzetelna krytyka, a nie wzajemne głaskanie się znajomych. Ale wracając do meritum: to Jacek Dehnel jest autorem wiersza mojego życia, a nie, dajmy na to, Świetlicki czy Barańczak. A przecież Dehnel to właściwie rówieśnik. Jeśli jednak chodzi o grzechy główne, to chyba zbytnia zabawa słowem, czasem męcząca. I za dużo przerzutni... Zresztą, podobno ja też stosuję za dużo przerzutni. 

MP: Myślę, że to nie jest wada - za dużo przerzutni, tylko kwestia samopoczucia czytelnika. Przynajmniej ja tak mam, że wybieram dla siebie wiersze w zależności od nastroju. Nie wszystko na wszystko. Poruszyłaś kwestię krytyki. Nie masz wrażenia, że współcześni krytycy nie tylko zagłaskują się, ale wystukują podobne foremki krytyczne? Jako czytelnika bardziej interesują mnie emocje, tkanka wierszy i jej składniki, coś, co przynosi ulgę albo inspiruje do działań twórczych. Jeszcze niedawno czytając krytyczne eseje, uczyłam się z nich, czerpałam wiedzę. Dzisiaj krytycy ograniczają się do liczenia wersów, jakiejś niezrozumiałej dla mnie poprawności albo agresywnego zrzucania myśli, bez merytorycznego odniesienia, zrównują autora z ziemią. Ile środowisk, tyle skrajnie odległych wniosków. Wiem, że takie nagonki są typowe i ludzie zawsze byli wobec siebie nieprzychylni. Mnie jednak nie interesuje polityka środowiskowa. Jestem otwarta na polemikę, jednak nie dostrzegam w ludziach potrzeby dzielenia się czymś prawdziwym. Jakby wrażliwość, emocjonalność było czymś passé. Moda na cyberpoezję. Jałowa, niedostatecznie liryczna. Myślisz, że jest początkiem czegoś, co jest warte całej tej wrzawy i wzajemnego zwalczania?

EF: Ooo, to, to, to! Dokładnie! W toruńskim Inter publikowałam niedawno esej "Jak nie infantylizm to Krzysztof Varga, czyli Arystotelesie wróć". Nie dotyczył wyłącznie poezji, ale tendencji do uskrajniania. W kontekście literackim albo obrazimy kogoś, albo zagłaszczemy kotka na śmierć. Narysujemy w serduszku lub wydrapiemy na najbliższej ławce w parku "Miłosz to ch....". Ale są też inne głosy, tu swoją drogą bardzo cenię Twoje zajmowanie się poezją, jej nienacechowanym promowaniem. I Karol Maliszewski to też jest gość. Jakoś potrafi pisać eseje o cudzej poezji i być kulturalny, a jednocześnie wnikliwy. Nie używać sformułowań a la inni krytycy, typu: "czytała swoje erotyki – tak erotyczne, że mocniejsza aura wyuzdania i swawoli bije z oblicza Józefa Glempa". A cytat jest autentyczny, skąd pochodzi, wyszukać łatwo... A poza tym jest też smutny. Tak ogólnie smutny. 

MP:  No tak, to wiele wyjaśnia. Wrogość robi się już tak pospolita jak piosenka "Ona tańczy dla mnie”. Ale ja mam dla ciebie inną piosenkę i chciałabym, abyś sobie posłuchała na YT,  Apparat-Goodbye. Wciąż wierzę w prawdziwość liryzmu, powrót do uwagi, do konkretyzacji poezji. Wierzę w ludzi inteligentnych, którzy swoich elementarnych braków nie maskują napastliwymi wpisami na blogu. Wiem, wiem, za chwilę spłynie na nas czyste oburzenie, bo przecież każdy może jak chce i  jak uważa za słuszne. Uwielbiam cię i nigdy nie ukrywałam, że mnie fascynujesz. Nie lubię estradowców, ogromnego audytorium. A ty? Jeżeli masz swoje pięć minut, to jak one wyglądają, a ty w nich?

EF: Oj, ja chyba jestem dalece mniej skromna. To znaczy, mam w sobie do nakarmienia sporo próżności, ona jest wielkości małego borsuka, głodnego na dodatek. Żeby nie być źle zrozumianą: w atmosferze wzajemnych achów czuję się bardzo źle, byłam kilka razy na spotkaniach, nie tylko w lubelskim ZLP, zupełnie na początku swojej drogi (koszmar), ale także tu, w Warszawie. W dwóch galeriach. Gospodarze i goście nosili siebie na rękach w sposób zupełnie absurdalny, nieadekwatny, każdy każdego przedstawiał tak, jak gdyby ten ktoś był Witkacym co najmniej. Wtedy lepiej nie mieć swoich pięciu minut, bo grożą one ciężką niestrawnością. Chociaż to oczywiście sytuacja skrajna, więc uściślając jeszcze innym przykładem: na filozofii, na studiach, byłam takim kujonem i wróżono mi świetlaną przyszłość. Ale ja wiedziałam, że mój lubelski UMCS to nie jest Oxford i że jestem obiektywnie kiepska, choć na tak zwanym tle nie widać... W takich sytuacjach komplementy też nie wnikają mi w krew, a głodny borsuk zasłania łapką swój ryjek. Za to chwile sukcesu wypracowane w pocie czoła, pokonanie przeszkody, komplement od autorytetu, a nawet estradowość, jak to nazywasz, ale dostosowana do moich standardów, może działać euforycznie. Każdy lubi być doceniony, a być docenionym za coś, co kosztowało wiele wysiłku, to dopiero kąsek! Poza tym lubię publiczne występy, jak jest fajna publiczność. Po prostu. 

MP: A kto nie lubi fajnej publiczności, wtedy można opowiedzieć nie tylko kilka anegdot o wierszach... można porozmawiać o stęchliźnie języka. o cieple, o krajobrazie po fakcie. Tomik Podsłuchiwałam wydałaś w 2011 roku. Napisałaś wtedy o sobie, że nie masz zawodu, że bezradność, brak poczucia bezpieczeństwa. Jak jest teraz?

EF: Ależ oczywiście nadal nie mam zawodu i moja przyszłość nie jest ani o jotę mniej pewna. Ale inaczej na to patrzę, zaakceptowałam pewną dozę braku poczucia bezpieczeństwa. Wynika to z dwóch aspektów. Po pierwsze, ze wspomnianej wcześniej świadomości tego, czym ludzkie życie jest. Czy poczucie bezpieczeństwa ma matka trójki dzieci? Nie sądzę. Szczęśliwa żona, która pracuje jako lekarka? Też nie sądzę. Zawsze może się załamać, nie wytrzymać, a wspomniany mąż nie dość, że nie jest nieśmiertelny, to pewnie jeździ po polskich drogach pełnych szaleńców. Innymi słowy: to nie jest tak, że jestem katastrofistką, ani mi to w głowie. Po prostu jesteśmy kruszynkami kosmosu i poczucie bezpieczeństwa zawsze jest złudą, nawet wielowiekowy posąg Buddy nie może go mieć, bo choć przetrwał tyle lat, to rozwalą go islamscy fundamentaliści, rozumiesz... A drugi aspekt braku poczucia bezpieczeństwa, to konsekwencja życiowych wyborów. Których nie żałuję tak naprawdę ani trochę. Może nieco żal, że wizji mieszkania brak, ale cóż, można się pocieszać, że zdolność kredytowa też raczej nie da wsparcia psychicznego, czasem wręcz przeciwnie. 

MP: "Tomik Podsłuchiwałam powstawał między wierszami. Towarzyszyły mu same sprzeczności, brak pracy i nadmiar obowiązków, bezradność i brak poczucia bezpieczeństwa". Co się zmieniło od 2011 roku w twojej poezji?

EF: Ach, no popatrz... Zapomniałam o tym. Sprzeczności będą zawsze, wiersze się zmieniają, na pewno. Ja na przykład nie akceptuję już połowy tych z Podsłuchiwałam. Teraz jestem ostrożniejsza, bardzo dużo wyrzucam, gniotę, usuwam, delate, delate, delate. A poza tym mniej się boję. Że napiszę "Moja ciocia jest brzydka" i wszystkie ciocie będą szukały siebie w tej frazie. Oczywiście, są wiersze nie do pokazania, nie do wydania, za osobiste. Ale też przestałam pisać nie tyle dla kogoś, co "w razie, gdyby ktoś...". Cały grudzień zeszłego roku powłóczyłam nogami, miałam apogeum powłóczalności. Powstały teksty, które zostały gdzieś tam zauważone... I mówię to rodzicom, chwalę się konkursem czy czymś, a tata na to, że ma nadzieję, że nowe wiersze są apoteozą życia. I ja myślę przez chwilę, o cholera, wręcz przeciwnie, są spełnieniem snu czarnego kruka co najmniej. A po chwili: no tak, ale co z tego? Są autentyczne i takie przede wszystkim mają być. 

MP: Kiedy mogę się spodziewać tomu z tymi wierszami?

EF: Nie mam pojęcia... Na pewno nie w 2015, może w 2016? Jeżeli zwiększę tempo i przestanę tak hojnie je wyrzucać, bo w efekcie wierszy jest niewiele, tak naprawdę, szczerze, to gotowa jestem na wydanie może kilkunastu. W tym także te publikowane w "Szafie" kilka miesięcy temu, nie pamiętam kiedy dokładnie. 

MP: Dokładnie w grudniu http://szafa.kwartalnik.eu/52/htm/poezja/fraczek.html. Jaka poetyka jest ci bliska? Czy masz sprecyzowane zdanie o poezji, jaką lubisz?

EF: Nie wypowiem się chyba fachowo... Lubię zaskoczenie, lubię też konsekwentną linię, która nie przekreśla liryzmu. Jest taki wiersz Bargielskiej, "Trauma o piesku", który poza liryzmem jest też poprowadzony tak, że wciąga, a nie działa tylko na zmysł słuchu i aparat odpowiedzialny za zachwyt nad brzmieniem słów. Zaczyna się "Myliśmy zęby i powiedziałam do męża: / boję się, czy poznam, że umarłam". A pod koniec obraz, który tak pięknie dalsze rozważania wiąże: "bardzo mnie wystraszył / ten pojedynek pieska z tramwajem, / gdy mąż powiedział: nie patrz, a za kartką dłoni / piesek podniósł się, był taki wielki / i zapraszał nas wszystkich do swojego / rozprutego brzucha, w którym już czekał ksiądz [...]". I uwielbiam nawiązania, bo mam słabość do zagadek, chyba. Jestem niewolnikiem puenty i momentu, w którym zaklasnę w ręce z radości, że tryby w mózgu zadziałały jak trzeba i wszystko połączyło się w całość. Wiele osób uważa tendencję do nawiązywania za przeintelektualizowanie, ale na litość Boską, nie mogę przestać tego lubić, tylko dlatego, że jest niemodne. Kupę radości sprawił mi "Hotel Rzeszów" Dehnela na przykład. Taka satysfakcja, że ktoś polemizuje z Herbertowskim klasykiem...

MP: Znam wiersz Bargielskiej, znam dobrze. Ważne, żeby nie pozwalać innym wmawiać nam bzdur o "niemodzie", czy trendach. Bo dlaczego trzeba trzymać się kurczowo mody?! I co dalej z tobą, Ewo? 

EF: Co dalej? Mogę mówić tylko o perspektywach na najbliższy rok: żyć i kochać. Naprawdę żyć i naprawdę kochać. I nie czekać na Godota, bo on nie przyjdzie. Co najwyżej można go sobie zdefiniować, a następnie przyprowadzić sobie samemu na smyczy, jak niesfornego jamnika. 

MP: Ewo, dziękuję za rozmowę i życzę ci spełnienia. 

EF: Dziękuję.

 

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.