JAKUB SAJKOWSKI - poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w kwartalniku sZAFa. Publikacje – min. Pro Arte, Arterie, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat kilku konkursów poetyckich (ostatnio im. Klemensa Janickiego, O Laur Czerwonej Róży, oraz VII Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi). Opublikował książkę poetycką Ślizgawki (Zeszyty Poetyckie, 2010), niebawem ukaże się druga (pod roboczym tytułem Google Translator). Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi bloga literackiego www.czytnikliteracki.blogspot.com.

Fot. Paweł Szałankiewicz

 

Wyrósł ze mnie menel i krzyczy "Tu jest Polska". Zabiegi Marcina Orlińskiego


               Dziś mija rok
              
od tego dnia
              
kiedy nic się nie wydarzyło.

              
Piotr Hrapkowicz


Czy wpis na facebooku może być literaturą? Nowoczesną wersja dziennika? Formą prozy w odcinkach? Być może to trzecie określenie jest najtrafniejsze. Wszak wpisom wielu autorów, kojarzonych z bardziej, na pierwszy rzut oka, poważanymi i nobliwymi formami literatury, jak, na przykład, poezja, trudno odmówić literackiej klasy, wdzięku i błyskotliwości. Na przykład Julia Szychowiak. Jak pisze wrocławska Gazeta.pl, Szychowiak to w dodatku królowa Facebooka - jej profil na tym portalu społecznościowym cieszy się opinią kultowego. Wielu użytkowników nie wyobraża sobie dnia bez jej wpisów i bez bohaterów życia codziennego - Ojca, Matki, Adelki, mniej lub bardziej ekscentrycznych współnajemców mieszkań na warszawskiej Pradze czy Bródnie, pasażerów PolskiegoBusa. Szychowiak ze swoim językiem znakomicie odnalazła się w rzeczywistości Facebooka - jej wpisy, lapidarne, ironiczne, celnie spuentowane, cieszą się ogromną popularnością. "Pamiętajcie dziś, żeby zostawić wolnego lajka dla jakiegoś zbłądzonego statusu" - nawołuje w jednym z nich.

A więc powieść w odcinkach przechodzi do formatu facebooka, równie dobrze więc wpis facebookowy można przenieść w tradycyjny, papierowy format książki prozatorskiej. Tak właśnie zrobił Marcin Orliński w swojej najnowszej książce Zabiegi. Wiele z jej fragmentów czytałem wcześniej na jego profilu facebookowym, w formie lapidarnych, błyskotliwych, dowcipnych wpisów, bazujących na banalnych z pozoru obserwacjach otaczającej rzeczywistości. A może zresztą było odwrotnie – wpisy owe od razu były pisane z myślą o większej całości. W każdym razie, o ile poważniej brzmi: czytam książkę prozatorską od czytam 70 wpisów na facebooku pod rząd. A w przypadku Zabiegów, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie ma między owymi zdaniami różnicy. Choć tak naprawdę jest, o czym później.

Jak wspomniałem wyżej, Zabiegi są zbiorem krótkich form prozatorskich. Czasem zajmują pół strony, czasem jedną trzecią, czasem ledwie jedno zdanie. Rzadziej – półtorej strony. Jest ich ok. 70 i dotykają rzeczy pozornie nieistotnych. Wizyta w ZOO. Wizyta w restauracji. Poranny jogging. Wieczorny jogging. Podróż PKP. Urlop. Forma wpisów – lekka, ironiczna, niezobowiązująca, humorystyczna. A jednak, pod czym jestem się w stanie podpisać w 100 procentach, Bogdan Zadura na „skrzydełku” okładki zwraca uwagę, że jest to książka o rzeczach, mimo wszystko, ważnych.

Po pierwsze, zwróćmy uwagę na rodzaj owego humoru. Marcin Orliński swój dowcip nierzadko bazuje na hiperboli, grotesce, przesadzie. Spójrzmy na siódmą stronę (teksty składające się na książkę nie mają tytułów):

Aerodyn i Jonofreza. Nie, to nie bogowie ze skandynawskich mitów, ale zabiegi, które – jak się okazuje – przewidziano dla kuracjuszy w naszym hotelu. Jeśli znajdą się jacyś śmiałkowie, niech Thor ma ich w swojej opiece.

Ten tekst jest jeszcze tylko, albo aż, żartobliwym komentarzem na temat brzmienia pewnych nazw.
Takich momentów jest, zresztą, więcej. Jest wizyta w ZOO, która zamiast spotkania z sympatyczną małpką może być spotkaniem z gorylem, który ma siłę sześciu dorosłych mężczyzn. Jest sympatyczny jamnik, który na widok biegacza dostaje szału i z sympatycznego pieska zmienia się w całe Waffen SS. To wszystko czyta się lekko, świetnie i niepostrzeżenie, ale są też momenty, które każą kwestię przesady i hiperboli w znacznie szerszym, poważniejszym kontekście.

Urlop to najgorsza rzecz pod słońcem. Trzeba zmusić szare komórki do wysiłku (…). Na przykład taki dres. Który wziąć? Ten miałem w zeszłym roku. Więc nie. Jeszcze mnie ktoś rozpozna na zdjęciu i pomyśli, że wciąż chodzę w tym samym (...).

Niczym Adaś Miauczyński, bohater Zabiegów zdaje się traktować hiperbolizację jako styl życia; pocierpieć tam, gdzie nie ma powodu; nawet na urlopie być na dodatkowym etacie inteligenta/Polaka; ciągle coś sobie udowadniać, spinać się, choć urlop jest przecież momentem, kiedy nic się dziać nie powinno.

Jeszcze ciekawsze jest zdanie wyczytane na stronie 58.

Teraz myślę, że nuda to nie brak zajęcia. To rodzaj melancholii.

Z jednej strony jest to potwierdzenie powyższego, jakby podsumowanie losu człowieka w kraju który cierpieć musi, nawet kiedy nic się nie dzieje; z drugiej strony melancholia może immanentnie wynikać z tego, że nic się nie dzieje. Co mnie nie zabije, to mnie wpędzi w depresję. W depresję wpędza stagnacja właśnie, nuda, a być może bohaterowie Orlińskiego zwyczajnie nie robić, nie czuć nie potrafią. Stąd zabieg leczniczy zyskuje wymiar mityczny i mistyczny, a niepozorne komary okazują się wspólnym wrogiem jednoczącym rodaków, niczym zbrodniarze rosyjscy czy nazistowscy. W każdym razie, w książce Orlińskiego dzieje się i nie dzieje jednocześnie, lub też: nie dzieje się z najwyższym możliwym majestatem.

Może być też tak, że wydarza się głównie opowieści. Skoro wszystko stoi, obrasta tłuszczem, olejem, opływa potem w sierpniowym słońcu Świnoujścia, to dzianie się trzeba nadmuchać – hiperbolą, patosem, metaforyką militarną i polityczną. Być może Zabiegi są, nomen omen, o zabiegach literackich, autotematyczną książką o pisaniu o niczym, o kreowaniu opowieści ze strzępów, śmieci pozostawionych na opuszczonej plaży, resztek frytek i niedopranej plamy po gofrach. Może właśnie dlatego Orliński koloryzuje, rozdmuchuje, a swoje lekkie na pierwszy rzut oka anegdoty nazywa encyklikami.

W każdym razie, z pewnością są one czymś więcej niż zbiorem 70 wpisów z facebooka – przede wszystkim nie ma tam przypadkowości; jest to książka zarówno dla czytelnika który chce się bawić błyskotliwą frazą, zabawną anegdotą, ale i dla recenzenta, krytyka literackiego, który będzie analizował pomysł autora. Jego linię opowieści i linię obrony.

Marcin Orliński, Zabiegi, WBPiCAK, Poznań 2014
 

Autor: Marcin Orliński, Zabiegi
Wydawca: WBPiCAK, Poznań 2014
Biblioteka Prozy Współczesnej, tom 4
ISBN 978-83-64504-16-7
 

© sZAFa 2010
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.