home


Marcin Orliński

(ur. 1980) – poeta, krytyk literacki. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat wielu ogólnopolskich nagród literackich. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Redaktor „Zeszytów Poetyckich”. Wydał tomy wierszy Mumu humu(Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010) orazDrzazgi i śmiech (Poznań 2010). Publikował w takich czasopismach, jak „Gazeta Wyborcza”, „Przekrój”, „Twórczość”, „Tygodnik Powszechny”, „Akcent”, „Kresy” czy „Bez dogmatu”. Tłumaczony na języki angielski, niemiecki i szwedzki. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl

 

Marcin Orliński, Literatura jest ciemność

„Literatura jest ciemność”[1], pisał przed laty Jerzy Pilch. Krótka fraza, którą pisarz kilkukrotnie powtórzył w jednym ze swoich felietonów, często do mnie powraca. „Literatura jest ciemność”. Znak równości pod postacią twardego, ontologicznego orzeczenia wydaje się nieusuwalny – nie łagodzi go nawet porządek lektury, która podpowiada, że nie chodzi tu o utożsamienie, lecz o predykat lub przyporządkowanie. Ciemność wdziera się w literaturę wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, a dramatyczne zamknięcie zdania pozostawia po sobie tylko złowrogą ciszę. Ciszę? Ależ nie! Choć po ostatnim słowie następuje kropka, zdanie dopiero teraz zaczyna naprawdę rozbrzmiewać.

            Chłodną, choć w istocie subtelną tezę, poprzedza dłuższy passus. „Literatura jest ciemność”, pisze Pilch, lecz najpierw stwierdza: „Literatura jest w swej masie wielkim, ciemnym gniotem, zakalcem, kadłubem bez głowy, korowodem karłów, tłumem nieszczęśników, daremną nadzieją, wrzaskiem i wściekłością. Jeden, drugi, co najwyżej trzeci wiarygodny utwór, jeden, drugi, co najwyżej trzeci rozwidniony blaskiem myśli horyzont, jeden, drugi, co najwyżej trzeci pisarz. Tak, tylko to się liczy. Glob spowity w ciemność nie ma znaczenia, jedynie wąski jak plaża, światły margines ma znaczenie. Ciemność wszakże jest coraz ciemniejsza. Literatura jest ciemność”[2].

            Czyż doświadczenie ciemności nie jest udziałem każdego z nas? Pisarzy i czytelników? Redaktorów i wydawców? Zdanie, które wypowiedział Pilch, przypomina mi początki mojej własnej przygody z literaturą, pierwszą fascynację słowem pisanym, fascynację wielką i wszechogarniającą, którą mógłbym porównać tylko do pierwszych miłosnych zrywów. Tak, miałem lat kilkanaście, kiedy literatura wtargnęła w moje życie, otwierając na oścież zmysły i uruchamiając w żyłach nieznany dotąd prąd. Literatura zaczęła być mi kochanką – zabierała kolejne wieczory i noce, a obcowanie z nią przypominało namiętne i intymne rozmowy, w których bardziej niż słowa liczy się cisza, owe długie chwile, po brzegi wypełnione nabożnym skupieniem. Tajemna komunia z obiektem pożądania, jaką znają tylko mistycy i odkrywcy, to nic innego, jak nieskończona bliskość świata, namacalna obecność rzeczy, cuda na wyciągnięcie ręki.

Josif Brodski, wygłaszając mowę podczas uroczystości przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla, ujął to inaczej: „Ten, kto pisze wiersz, czyni to przede wszystkim dlatego, że kolosalnie przyspiesza wtedy własną świadomość, myślenie, percepcję świata. Raz doświadczywszy takiego przyspieszenia, człowiek nie jest już w stanie zrezygnować z powtórzenia eksperymentu, wpada w zależność od tego procesu, jak wpada się w zależność od narkotyków lub alkoholu. Moim zdaniem, właśnie człowiek, który znalazł się w podobnej zależności od języka, nazywa się poetą”[3]. Raz zbliżywszy się do literatury, człowiek uzależnia się więc od niej i oto co wieczór pragnie już pukać do bram, z coraz większym zapałem i coraz większą rozpaczą. Literatura jest miłość. A miłość jest ciemność.

Pamiętam, jaka duma mnie rozpierała, kiedy po raz pierwszy ogólnopolskie czasopismo opublikowało mój wiersz. Byłem przekonany, że oto oczy całego świata zwróciły się na mnie. Odczarowanie następowało powoli i boleśnie: żadnego trzęsienia ziemi, żadnego poruszenia w niebiosach. Świat kręcił się dalej, jak gdyby nigdy nic. I tylko pewien znajomy, prawdopodobnie przez zwykłą uprzejmość, poklepał mnie po ramieniu i pogratulował debiutu. Potem sprawy toczyły się już jak po równi pochyłej. Im więcej pisałem, tym mniej ufałem słowom, a moje teksty coraz szybciej się starzały. Niegdyś potrzebowały kilku miesięcy lub lat, by zyskać moją dezaprobatę. Teraz wystarczały już dni, a nawet godziny. Ostatecznie mój przyjazny stosunek do aktu pisarskiego skrócił się do samej chwili pisania i już pojedyncze słowa pojawiające się na ekranie laptopa przyprawiały mnie o mdłości i zawroty głowy.

            Przesadzam? Może trochę przesadzam – z wielu wierszy, które opublikowałem w dotychczasowych tomikach, jestem przecież zadowolony. Po pierwsze jednak, mój pogłębiający się krytycyzm dotyczył nie tylko twórczości własnej, po drugie zaś – wybiegał daleko poza literaturę. Zauważyłem, że coraz mniej lubię teksty innych i coraz bardziej drażni mnie pewność siebie, z jaką młodzi i starzy pisarze wypowiadają sądy o literaturze i życiu. Moje uzależnienie od literatury było już na tyle wielkie, że przestałem jasno myśleć i normalnie funkcjonować. Na ludzi patrzyłem jak na bohaterów literackich, a w każdej zasłyszanej, nawet i byle jakiej narracji widziałem szansę na zaspokojenie językowego głodu. Nie, literatura nie pozbawia złudzeń. Literatura od nich uzależnia. Literatura jest odurzenie.

            Cóż właściwie się stało? Jako piętnastolatek pisałem naiwne wiersze, ale wierzyłem w sens literatury. Dziś nie robię już szkolnych błędów, ale utraciłem wiarę, jaką miałem wtedy. Być może odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą stosy tomów z zakresu poetyki i teorii literatury, niezbędne, a w istocie niebotycznie nudne i niepotrzebne reguły. Mam wrażenie, że między mną i literaturą ni stąd ni zowąd pojawiła się armia dzikich urzędników i funkcjonariuszy, zawsze gotowych pokiwać palcem, pogrozić pięścią, zwrócić uwagę, zmusić, powstrzymać, skłonić do posłuszeństwa. Wraz ze świadomością warsztatu i narzędzi przychodzi bowiem to, co poststrukturaliści nazwali instytucjonalną stroną literatury. Zamiast myśli i uczuć – instytucja. Zamiast doświadczenia – instytucja. Zamiast zbawiennego, kojącego powiewu od strony kartki, zapełniającej się z wolna kolejnymi obrazami, dźwiękami i zapachami – instytucja. A więc tyle pozostało z naszego tajemnego i niepowtarzalnego związku? Tak, literatura jest instytucja.

            Akt twórczy skazany jest na porażkę. Ale filozofia, ta surowa siostra literatury, także jest ciemność. Choćbyśmy stworzyli niebotyczne konstrukcje pojęciowe, choćbyśmy zbudowali olśniewające mosty między brzegami różnych dziedzin wiedzy, u ich podstaw zawsze będzie krył się błąd. Można go nazwać różnie: aksjomat, dogmat, władza, pozycja społeczna, ideologia, podświadomość, przypadek… Wrażenie zmysłowe jest ciemność i rachunek logiczny jest ciemność. Ostatecznie bowiem wiemy, że nic nie wiemy, a kolejne zdobycze i pozorne sukcesy zostają zawłaszczone przez bezwzględny i nieludzki aparat nauk szczegółowych. Czy to już sceptycyzm? Tak, każdej bowiem filozoficznej tezie, jaka kiedykolwiek pojawiła się w historii ludzkości, odpowiada jakaś antyteza, której z równym powodzeniem i zacięciem można bronić. Dlaczego w Europie nie umiera się już dzisiaj za przekonania? Być może dlatego, że Europa przestała wierzyć w siłę, która onegdaj stanowiła o jej świetności.

Marian Stala, od którego zapożyczam cytaty z Pilcha, zauważa, że ciemność literatury można rozumieć w trójnasób. Utożsamiając (za Pilchem) ciemność i klęskę, krakowski badacz stwierdza: „Najpierw jest ryzyko artystycznego niespełnienia (i niedocenienia przez odbiorców), potem – ryzyko cierpienia, jakie towarzyszy kreacji, wreszcie – ryzyko zetknięcia się ze złem i bólem tkwiącym w świecie”[4]. Ciemność okazuje się więc przynależna aktowi pisarskiemu i przynależna aktowi czytelniczemu. Nie łudźmy się, literatura nie przyniesie ukojenia, a kolejne wiersze, opowiadania, felietony, recenzje, książki nie podsuną ostatecznego rozwiązania zagadki, nie zaspokoją odwiecznej ciekawości, nie usprawiedliwią bezczelnej niedyskrecji. Żadnej terapii, żadnego oświecenia. „Klęski indywidualne i generacyjne; spektakularne i ukryte; klęski zapomnienia i pamiętania; nieobecności i nadobecności. Klęska milczenia. Klęska nadmiaru słów”[5].

Klęska? A może ciemność nie jest słabą stroną literatury, lecz stanowi właśnie o jej sile? Może estetyczna metafora porażki dopełnia się i odwraca na gruncie etycznym? Czyż ciemność na darmo została ulubiona przez romantyków? Czyż ciemność nie jest potrzebna, abyśmy mogli mówić o jasności? „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”, pisał Johann Wolfgang Goethe. Tak, świat jest ciemny i ciemna musi być wszelka myśl o kondycji ludzkiej w świecie. Głęboki musi być pesymizm wszystkich tych Schopenhauerów i Dostojewskich. Ale – jak zauważył Roman Honet w jednym z wywiadów – pesymizm jest konieczny w literaturze, ale niewskazany w życiu. I w ten sposób wracamy do źródeł. Bo przecież mechanizm, o którym mowa, mieści się w starym i mądrym pojęciu katharsis.

Literatura pozwala więc odczuć chwilową ulgę. Pozwala oprzytomnieć i zrozumieć, że indywidualny los jest w gruncie rzeczy losem wspólnoty, od początku świata, aż po jego kres. Ciemność literatury pozwala rozjaśnić ciemność życia, a być może nawet je zmienić. Literatura jest uczestnictwo. W nieskończonej przestrzeni mrocznych możliwości pojawia się oto bowiem kolejna planeta, tabula rasa, nowe życie, z całą swoją biologią i całym swoim zdumieniem, wrzucone w paradę niespodziewanych jesieni i wiosen. Być może jedyne, co można zatem zrobić, to umiejętnie balansować między ciemnością świata i ciemnością literatury, uczyć się z literackich i życiowych porażek, pchać pod górę kolejne kamienie i z naiwnością dziecka podziwiać nowe budowle na piasku. Jak sugerował Czesław Miłosz: „zaraz dzień / jeszcze jeden / zrób co możesz”.

Rozbłysk.


[1] M. Stala, Przeszukiwanie czasu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 8.
[2] Ibidem.
[3] J. Brodski, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 5-6.
[4] M. Stala, op. cit., s. 9.
[5] Ibidem.

© sZAFa 2010
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.