Marcin Orliński, Literatura jest ciemność
„Literatura jest ciemność”,
pisał przed laty Jerzy Pilch. Krótka fraza, którą pisarz
kilkukrotnie powtórzył w jednym ze swoich felietonów, często do
mnie powraca. „Literatura jest ciemność”. Znak równości pod
postacią twardego, ontologicznego orzeczenia wydaje się
nieusuwalny – nie łagodzi go nawet porządek lektury, która
podpowiada, że nie chodzi tu o utożsamienie, lecz o predykat lub
przyporządkowanie. Ciemność wdziera się w literaturę wbrew logice
i zdrowemu rozsądkowi, a dramatyczne zamknięcie zdania pozostawia
po sobie tylko złowrogą ciszę. Ciszę? Ależ nie! Choć po ostatnim
słowie następuje kropka, zdanie dopiero teraz zaczyna naprawdę
rozbrzmiewać.
Chłodną, choć w istocie subtelną tezę,
poprzedza dłuższy passus. „Literatura jest ciemność”, pisze
Pilch, lecz najpierw stwierdza: „Literatura jest w swej masie
wielkim, ciemnym gniotem, zakalcem, kadłubem bez głowy, korowodem
karłów, tłumem nieszczęśników, daremną nadzieją, wrzaskiem i
wściekłością. Jeden, drugi, co najwyżej trzeci wiarygodny utwór,
jeden, drugi, co najwyżej trzeci rozwidniony blaskiem myśli
horyzont, jeden, drugi, co najwyżej trzeci pisarz. Tak, tylko to
się liczy. Glob spowity w ciemność nie ma znaczenia, jedynie wąski
jak plaża, światły margines ma znaczenie. Ciemność wszakże jest
coraz ciemniejsza. Literatura jest ciemność”.
Czyż doświadczenie ciemności nie jest
udziałem każdego z nas? Pisarzy i czytelników? Redaktorów i
wydawców? Zdanie, które wypowiedział Pilch, przypomina mi początki
mojej własnej przygody z literaturą, pierwszą fascynację słowem
pisanym, fascynację wielką i wszechogarniającą, którą mógłbym
porównać tylko do pierwszych miłosnych zrywów. Tak, miałem lat
kilkanaście, kiedy literatura wtargnęła w moje życie, otwierając
na oścież zmysły i uruchamiając w żyłach nieznany dotąd prąd.
Literatura zaczęła być mi kochanką – zabierała kolejne wieczory i
noce, a obcowanie z nią przypominało namiętne i intymne rozmowy, w
których bardziej niż słowa liczy się cisza, owe długie chwile, po
brzegi wypełnione nabożnym skupieniem. Tajemna komunia z obiektem
pożądania, jaką znają tylko mistycy i odkrywcy, to nic innego, jak
nieskończona bliskość świata, namacalna obecność rzeczy, cuda na
wyciągnięcie ręki.
Josif Brodski, wygłaszając mowę podczas
uroczystości przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla, ujął to
inaczej: „Ten, kto pisze wiersz, czyni to przede wszystkim
dlatego, że kolosalnie przyspiesza wtedy własną świadomość,
myślenie, percepcję świata. Raz doświadczywszy takiego
przyspieszenia, człowiek nie jest już w stanie zrezygnować z
powtórzenia eksperymentu, wpada w zależność od tego procesu, jak
wpada się w zależność od narkotyków lub alkoholu. Moim zdaniem,
właśnie człowiek, który znalazł się w podobnej zależności od
języka, nazywa się poetą”.
Raz zbliżywszy się do literatury, człowiek uzależnia się więc od
niej i oto co wieczór pragnie już pukać do bram, z coraz większym
zapałem i coraz większą rozpaczą. Literatura jest miłość. A miłość
jest ciemność.
Pamiętam, jaka duma mnie rozpierała, kiedy po raz
pierwszy ogólnopolskie czasopismo opublikowało mój wiersz. Byłem
przekonany, że oto oczy całego świata zwróciły się na mnie.
Odczarowanie następowało powoli i boleśnie: żadnego trzęsienia
ziemi, żadnego poruszenia w niebiosach. Świat kręcił się dalej,
jak gdyby nigdy nic. I tylko pewien znajomy, prawdopodobnie przez
zwykłą uprzejmość, poklepał mnie po ramieniu i pogratulował
debiutu. Potem sprawy toczyły się już jak po równi pochyłej. Im
więcej pisałem, tym mniej ufałem słowom, a moje teksty coraz
szybciej się starzały. Niegdyś potrzebowały kilku miesięcy lub
lat, by zyskać moją dezaprobatę. Teraz wystarczały już dni, a
nawet godziny. Ostatecznie mój przyjazny stosunek do aktu
pisarskiego skrócił się do samej chwili pisania i już pojedyncze
słowa pojawiające się na ekranie laptopa przyprawiały mnie o
mdłości i zawroty głowy.
Przesadzam? Może trochę przesadzam – z
wielu wierszy, które opublikowałem w dotychczasowych tomikach,
jestem przecież zadowolony. Po pierwsze jednak, mój pogłębiający
się krytycyzm dotyczył nie tylko twórczości własnej, po drugie zaś
– wybiegał daleko poza literaturę. Zauważyłem, że coraz mniej
lubię teksty innych i coraz bardziej drażni mnie pewność siebie, z
jaką młodzi i starzy pisarze wypowiadają sądy o literaturze i
życiu. Moje uzależnienie od literatury było już na tyle wielkie,
że przestałem jasno myśleć i normalnie funkcjonować. Na ludzi
patrzyłem jak na bohaterów literackich, a w każdej zasłyszanej,
nawet i byle jakiej narracji widziałem szansę na zaspokojenie
językowego głodu. Nie, literatura nie pozbawia złudzeń. Literatura
od nich uzależnia. Literatura jest odurzenie.
Cóż właściwie się stało? Jako
piętnastolatek pisałem naiwne wiersze, ale wierzyłem w sens
literatury. Dziś nie robię już szkolnych błędów, ale utraciłem
wiarę, jaką miałem wtedy. Być może odpowiedzialność za ten stan
rzeczy ponoszą stosy tomów z zakresu poetyki i teorii literatury,
niezbędne, a w istocie niebotycznie nudne i niepotrzebne reguły.
Mam wrażenie, że między mną i literaturą ni stąd ni zowąd pojawiła
się armia dzikich urzędników i funkcjonariuszy, zawsze gotowych
pokiwać palcem, pogrozić pięścią, zwrócić uwagę, zmusić,
powstrzymać, skłonić do posłuszeństwa. Wraz ze świadomością
warsztatu i narzędzi przychodzi bowiem to, co poststrukturaliści
nazwali instytucjonalną stroną literatury. Zamiast myśli i uczuć –
instytucja. Zamiast doświadczenia – instytucja. Zamiast
zbawiennego, kojącego powiewu od strony kartki, zapełniającej się
z wolna kolejnymi obrazami, dźwiękami i zapachami – instytucja. A
więc tyle pozostało z naszego tajemnego i niepowtarzalnego
związku? Tak, literatura jest instytucja.
Akt twórczy skazany jest na porażkę.
Ale filozofia, ta surowa siostra literatury, także jest ciemność.
Choćbyśmy stworzyli niebotyczne konstrukcje pojęciowe, choćbyśmy
zbudowali olśniewające mosty między brzegami różnych dziedzin
wiedzy, u ich podstaw zawsze będzie krył się błąd. Można go nazwać
różnie: aksjomat, dogmat, władza, pozycja społeczna, ideologia,
podświadomość, przypadek… Wrażenie zmysłowe jest ciemność i
rachunek logiczny jest ciemność. Ostatecznie bowiem wiemy, że nic
nie wiemy, a kolejne zdobycze i pozorne sukcesy zostają
zawłaszczone przez bezwzględny i nieludzki aparat nauk
szczegółowych. Czy to już sceptycyzm? Tak, każdej bowiem
filozoficznej tezie, jaka kiedykolwiek pojawiła się w historii
ludzkości, odpowiada jakaś antyteza, której z równym powodzeniem i
zacięciem można bronić. Dlaczego w Europie nie umiera się już
dzisiaj za przekonania? Być może dlatego, że Europa przestała
wierzyć w siłę, która onegdaj stanowiła o jej świetności.
Marian Stala, od którego zapożyczam cytaty z Pilcha,
zauważa, że ciemność literatury można rozumieć w trójnasób.
Utożsamiając (za Pilchem) ciemność i klęskę, krakowski badacz
stwierdza: „Najpierw jest ryzyko artystycznego niespełnienia (i
niedocenienia przez odbiorców), potem – ryzyko cierpienia, jakie
towarzyszy kreacji, wreszcie – ryzyko zetknięcia się ze złem i
bólem tkwiącym w świecie”.
Ciemność okazuje się więc przynależna aktowi pisarskiemu i
przynależna aktowi czytelniczemu. Nie łudźmy się, literatura nie
przyniesie ukojenia, a kolejne wiersze, opowiadania, felietony,
recenzje, książki nie podsuną ostatecznego rozwiązania zagadki,
nie zaspokoją odwiecznej ciekawości, nie usprawiedliwią bezczelnej
niedyskrecji. Żadnej terapii, żadnego oświecenia. „Klęski
indywidualne i generacyjne; spektakularne i ukryte; klęski
zapomnienia i pamiętania; nieobecności i nadobecności. Klęska
milczenia. Klęska nadmiaru słów”.
Klęska? A może ciemność nie jest słabą stroną
literatury, lecz stanowi właśnie o jej sile? Może estetyczna
metafora porażki dopełnia się i odwraca na gruncie etycznym? Czyż
ciemność na darmo została ulubiona przez romantyków? Czyż ciemność
nie jest potrzebna, abyśmy mogli mówić o jasności? „Jam częścią
tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”, pisał
Johann Wolfgang Goethe. Tak, świat jest ciemny i ciemna musi być
wszelka myśl o kondycji ludzkiej w świecie. Głęboki musi być
pesymizm wszystkich tych Schopenhauerów i Dostojewskich. Ale – jak
zauważył Roman Honet w jednym z wywiadów – pesymizm jest konieczny
w literaturze, ale niewskazany w życiu. I w ten sposób wracamy do
źródeł. Bo przecież mechanizm, o którym mowa, mieści się w starym
i mądrym pojęciu katharsis.
Literatura pozwala więc odczuć chwilową ulgę.
Pozwala oprzytomnieć i zrozumieć, że indywidualny los jest w
gruncie rzeczy losem wspólnoty, od początku świata, aż po jego
kres. Ciemność literatury pozwala rozjaśnić ciemność życia, a być
może nawet je zmienić. Literatura jest uczestnictwo. W
nieskończonej przestrzeni mrocznych możliwości pojawia się oto
bowiem kolejna planeta, tabula rasa, nowe życie, z całą
swoją biologią i całym swoim zdumieniem, wrzucone w paradę
niespodziewanych jesieni i wiosen. Być może jedyne, co można zatem
zrobić, to umiejętnie balansować między ciemnością świata i
ciemnością literatury, uczyć się z literackich i życiowych
porażek, pchać pod górę kolejne kamienie i z naiwnością dziecka
podziwiać nowe budowle na piasku. Jak sugerował Czesław Miłosz:
„zaraz dzień / jeszcze jeden / zrób co możesz”.
Rozbłysk.
M. Stala, Przeszukiwanie czasu, Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2004, s. 8.
Ibidem.
J. Brodski, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia
Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 5-6.
M. Stala, op. cit., s. 9.
Ibidem.